Podróże

ZHANGJIAJIE – Weekend na Pandorze

on
23 lipca 2018

     – Qu Yangziajie men de bashi yao kai duo jiu? Jak długo autobus jedzie do bramy Yangjiajie?

     – 50 minut – pada natychmiastowa odpowiedź.

     Kasjerka siedząca przy rozchwianym stoliku wydaje się uosobieniem pewności. Ukontentowani odpowiedzią wsiadamy więc do lokalnego busika, który ma nas dowieźć do startowego punktu zaplanowanej trasy. Miejsca na nogi jest w lokalnych standardach, więc zajmujemy cały tylni rząd.

     Półtorej godziny później jesteśmy wyraźnie poirytowani. Pewnie bylibyśmy jeszcze bardziej, gdyby nie stan drogi, zmuszający do skupienia się na pozostaniu w jednym, względnie nienaruszonym kawałku. My, czyli ja i znajomy Ukrainiec. Miał do nas dołączyć jeszcze Rosjanin, lecz rozchorował się w dniu wyjazdu. Żałuję, że nie znam w Chinach żadnego Niemca, bo malowniczość takiej czteroosobowej grupy byłaby unikalna. Po dwóch godzinach tłuczenia w busiku po drodze, która miejscami mogłaby czuć się doceniona takim mianem, docieramy do bramy, a przynajmniej gdzieś w jej pobliże, bo kierowca po prostu mówi nam, że „to tu” i wskazuje jedną z uliczek mieściny. W niedalekiej przyszłości, do celu dojechać będzie można nową drogą, której konstrukcję obserwowaliśmy zawieszeni w naszym wehikule nad kilkoma urwiskami, lecz do tego czasu lepiej dać sobie spokój i wybrać opcję południową, lub wschodnią. Można też potraktować całość jako ciekawe doświadczenie.

     Gdyby nie fakt poważnego ograniczenia czasowego całego pobytu i trzynastu godzin spędzonych dopiero co w pozycji siedzącej w pociągu z Shenzhen (wszystkie miejsca leżące były już wykupione), pewnie byłbym tą osobliwą przejażdżką zachwycony. W zaistniałej sytuacji do stanu euforii było mi równie daleko jak moim kolanom. Pół godziny marszu i docieramy do bram parku, w pierwszej chwili obawiając się, że całość jest zamknięta. W końcu po drugiej stronie szyby pojawia się jakaś zmęczona dniem twarz i możemy zakupić bilety wstępu. Całość nie należy do najtańszych, gdyż każdy kosztuje 250RMB (ok 130zł), uprawnia nas jednak do wstępu na teren parku przez kolejne cztery dni. Jeśli w czyjejś głowie powstał chytry plan odsprzedaży zakupionej karty wejściowej, muszę ostudzić wszelkie zapędy – w chwili przejścia przez bramki karta zostaje elektronicznie przypisana do naszego odcisku palca.

     Pierwszy zgrzyt pojawia się już po drugiej strony bramy, gdy pojawia się jeden z parkowych autobusów elektrycznych, które za darmo przewożą turystów pomiędzy kluczowymi punktami. W przypadku chińskich turystów oznacza to głównie wszelkie kolejki linowe, windy i inne udogodnienia. Wskazujemy kierowcy punkt na mapie, będący początkiem naszego szlaku. Odchodzi od drogi, którą jedzie autobus, więc wydawać by się mogło, że nie powinno być problemu z wyskoczeniem po drodze. Błąd. Kierowca uparcie pokazuje stację kolejki jako swój jedyny cel i przystanek i uparcie odmawia jakiegokolwiek odstępstwa od normy. Jest już na tyle późno, że po pięciu minutach kapitulujemy i postanawiamy na górę wejść szlakiem biegnącym pod linią kolejki.

     – Zhe bian zou! Zhe bian zou! Tędy, tędy! – skrzeczy średniego wieku kobieta, gdy tylko opuszczamy autobus.

     Naturalnie nie wie, którędy chcemy iść, więc „tędy” domyślnie ogranicza się do stacji kolejki linowej, będącej podstawowym środkiem transportu przeważającej części chińskich turystów górskich.

     – Wo men zou lu guo qu. Chcemy iść pieszo – odpowiadamy, wskazując na mapie nasz szlak. – Którędy dojść tam?

     – Iść? – skośne oczy kobiety robią się prawie okrągłe ze zdziwienia. – Kolejka.

     – Nie kolejka. Gdzie jest szlak?

     Kobieta wzrusza jedynie ramionami i po chwili po raz ostatni próbuje namówić nasze plecy do skorzystania z transportu. Szczęście nam sprzyja, bo nieopodal przy schodkach odchodzących w lewo, w miejscu które wydawało się właściwe, stoi dwójka Chińczyków, poprawiających kolory na wyrytej na kamieniu mapie. Pokazujemy mapę, potem biegnące w górę schody i pytamy, czy to dobra droga.

     – Nie wiem – pada standardowa odpowiedź. – Tam jest toaleta.

     Oznakowanie obejmuje głównie podstawowe punkty widokowe i stacje kolejek, więc w końcu postanawiamy zdać się na intuicję i ruszyć drogą do toalety. Faktycznie mijamy po chwili niewielki budynek, lecz schody dalej pną się w górę. Jesteśmy na dobrej drodze. Choć dzień nie jest wyjątkowo upalny, a słońce schowane jest za gęstą zasłoną chmur, po kilkunastu minutach trudno mi znaleźć suchy fragment koszuli. Wszystko wokół wygląda zresztą podobnie, pokryte oblepiającą wilgocią. Nigdzie żywego ducha. Podstawowa zasada odwiedzania gór w Chinach to samodzielna wspinaczka. Jak wspomniałem wcześniej, większość lokalnych turystów woli spędzić nawet kilka godzin w kolejce do windy (w Zhangjiajie znajduje się najwyższa na świecie winda – Bailong ), czy kolejki linowej. Użycie nóg jest raczej niemodne, stąd szlaki znajdujące się w okolicach udogodnień transportowych, często wydają się opuszczone. Gdy w pewnym momencie zaczynamy słyszeć krzyki i nawoływania, ze smutkiem uzmysławiamy sobie, że jesteśmy blisko szczytu.

     W różnorakich tekstach o Zhangjiajie, które w ilościach hurtowych czytałem przed wyjazdem, krążyła opinia, że obszar Yangjiajie jest najrzadziej odwiedzanym przez turystów. Przedzierając się przez natłok ryków i „hellołów” (które prawie każde dziecko – i nie tylko – musi wygłosić do obcokrajowca, by móc zaliczyć dzień do udanych) wiem już, że informacja ta jest nieaktualna. Przynajmniej wolę przyjąć tę wersję, niż zakładać, że w innych miejscach jest jeszcze gorzej. Nawet jazgot lokalnego tłumu nie jest jednak w stanie przesłonić piękna parku. W końcu to Zhangjiajie stało się inspiracją dla Jamesa Camerona dla słynnych latających gór w Avatarze; Tutaj też kręcono część zdjęć. Faktycznie sceneria sprawia nieziemskie wrażenie. Na terenie parku znajduje się około trzech tysięcy kolumn z piaskowca kwarcowego, które przecząc grawitacji wyrastają na kilkaset metrów ponad dno doliny. Przyczepione do pionowych ścian wiją się liczne chodniki, zapewniające niezapomniane widoki. Gdzieś daleko w dole krążą ptaki, obok po drzewach skaczą małpy i jedynie grupki podążające za przewodnikami wyposażonymi w skrzeczące głośniczki psują nieco odbiór całości. Znajdujący się na Światowej Liście Dziedzictwa UNESCO park, rozciąga się na obszarze 3600km2 kilometrów i w połączeniu z okolicznymi atrakcjami jak choćby góra Tianmen, sprawia że potrzeba przynajmniej czterech dni, by doświadczyć w pełni tego, co ma do zaoferowania. My niestety będąc ograniczeni do weekendu, musimy wybrać jedynie fragment parku. Decydujemy się na Yangjiajie, Jiangjiajie i Yaozizai, z czego ten ostatni wraz ze Złotym Strumieniem odwiedzić mamy kolejnego dnia. Problemem jest jedynie fakt, że na noc bramy do parku są zamykane, więc jeśli śpimy poza jego obszarem, nie ma możliwości doświadczenia choćby wschodu słońca.

     – Potrzeba noclegu? – zagaduje nas po chińsku niewysoka kobieta, gdy patrząc na tłum ludzi czekających na autobus zastanawiamy się co robić dalej.

     Możemy spędzić godzinę w kolejce do autobusu, by potem dać z siebie zedrzeć blisko 80RMB za kilkuminutowy zjazd windą i jakoś dotrzeć do położonego przy wejściu do parku miasteczka Wulinguan. Możemy też spróbować zejść na dół pieszo, ale byłoby to równoznaczne z utknięciem gdzieś w dolinie w środku nocy. Nawet zakładając, że dotarlibyśmy do noclegu w Wulingyuan, rano musielibyśmy jakimś środkiem transportu przenieść się do południowej bramy, by o 7 rozpocząć zwiedzanie. Nocleg na terenie parku wydaje się nam więc ze wszech miar ciekawy.

     – Ile?

     – 50RMB za osobę.

     Decyzja następuje bardzo szybko i już po chwili zostawiamy za sobą tłum oczekujący na środek transportu i podążamy za naszą nową gospodynią. Pokojowi daleko do luksusu, ale posiada własną łazienkę i łóżka, także spełnia nasze oczekiwania w więcej niż stu procentach. Siedząc przed skromnym domem i czekając na przygotowany specjalnie dla nas posiłek żałuję, że już jutro o 12:30 będziemy musieli wsiąść do autobusu do Changsha.

     Kilka minut po piątej rano, gdy siedząc na jednym z punktów widokowych w ramach śniadania jemy batoniki czekoladowe, staje się jasne, że nie mamy co liczyć na spektakularny wschód słońca. Niebo całkowicie zasnute jest chmurami, a na głowy spadają nam co jakiś czas samotne krople deszczu. Wokół żywego ducha i trudno mi uwierzyć, że zaledwie kilkanaście godzin wcześniej w tym samym miejscu moje uszy cierpiały katusze. Gdy robi się wystarczająco jasno, zbieramy plecaki i ruszamy w dół. Dwie godziny później bardzo dosadnie uzewnętrzniam w ojczystym języku swe uczucia, gdy stajemy przed znakiem o mniej więcej takiej treści „Z powodu intensywnych opadów szlaki na tym obszarze są zamknięte. Prowadzone są prace konserwacyjne”. Zważywszy na stan ścieżki kawałek dalej, śmiem zaryzykować stwierdzenie, że prace prowadzone są już od dłuższego czasu, o czym naturalnie nikt nigdzie nie informuje. I co z tego, że w tym momencie cały plan na pozostały w parku czas poszedł się nam paść. Krótka notka o zamknięciu danego obszaru przy wejściu do parku załatwiłaby sprawę, ale to byłoby zbyt logiczne. Naprawdę absurdalne, jak tragiczny jest w miejscu znajdującym się w końcu na liście UNESCO dostęp do informacji. Szlaki poza najczęściej odwiedzanymi fragmentami są oznaczone karygodnie. Część nazw na znakach nie znajduje się nawet na mapie, a właściwie mapach, bo funkcjonuje ich kilka, z których każda różni się nieco od pozostałych. Planując wyjazd korzystałem równocześnie z trzech, by dojść do jakiegoś ładu. Brak przybliżonych czasów przejścia to luksus, o którym można jedynie marzyć; w internecie znajdziemy za to czasy przejazdów kolejkami linowymi. Z różnych źródeł wyczytałem, że do słynnej windy prowadzą wnętrzem góry ruchome schody, żeby przypadkiem nie trzeba było się wspinać. Ludzie jadą więc schodami robiąc sobie zdjęcia na tle wielkoformatowych wydruków przedstawiających okoliczne góry. Turystyka w wydaniu ekstremalnym, przy której wycieczki nad Morskie Oko mogą spuścić głowy i ze wstydem zejść ze sceny.

     Można zostać też wniesionym na lektyce osadzonej na bambusowych żerdziach. Widząc pożerającego loda jegomościa o mocno opływowych kształtach niesionego przez dwóch lokalnych mężczyzn robi mi się niedobrze, co uzewnętrzniam znaczącym spojrzeniem posłanym lodożercy.

     Zamknięcie całego obszaru kompletnie krzyżuje nam plany, więc jedyną możliwością uwzględniającą zdążenie na autobus powrotny do Changsha, jest po prostu przejście doliną do bramy wejściowej. Trzeba uczciwie przyznać, że droga ta też ma swój urok, a fakt że pokonujemy ją z samego rana bez żywej duszy wokół, jednie podnosi jej walory.

 

     Opuszczając Zhangjiajie zastanawiam się już kiedy tam wrócić. Tym razem na kilka dni, poza sezonem turystycznym, by móc w pełni i bez pośpiechu chłonąć wyjątkowość miejsca. Mocno okrojony weekend daje jedynie przedsmak tego, co można zobaczyć dysponując odpowiednio dużą ilością czasu, pozostawiając ze sporym niedosytem. Podróż przed 2019 rokiem i otwarciem stacji szybkiej kolei może być dobrym pomysłem. Obecnie 5 godzin pociągiem, bądź autobusem do najbliższego miasta stanowi jakąś barierę. Wprawdzie funkcjonuje tu już lotnisko, lecz wiadomo że ceny połączeń lotniczych są odpowiednio wyższe. Jeszcze większa fala turystów skuszona łatwiejszym dojazdem może być czymś, na co park nie jest gotowy.

 

TAGS
RELATED POSTS

LEAVE A COMMENT

MATEUSZ GOSTOMSKI
Shenzhen, CHINY

Cześć, jestem Mateusz i od blisko pięciu lat mieszkam w Chinach. Jak wygląda Kraj Środka od środka i dlaczego nie wracam na stałe do Europy w ciągu najbliższych lat? Zostań i daj się zabrać do świata tak odmiennego od tego za oknem, że czasem aż trudno uwierzyć.