Podróże

HONG KONG – Pyramid Hill

on
12 listopada 2018

       Wieje jak cholera. Stojąc twarzą do wiatru mrużę oczy, by być w stanie coś zobaczyć. A patrzeć jest na co. Przede mną rozciąga się niesamowity widok wzgórz rozsianych po licznych wysepkach i zatoka z białymi punktami jachtów i łodzi unoszących się na niebieskiej tafli morza. Choć wysokość na której się znajduję jeszcze niedawno wzbudziłaby u mnie pobłażliwy uśmiech, czuję taką samą satysfakcję, jak po wejściu na jakikolwiek szczyt powyżej 2000m. Widoki są równie spektakularne, jeśli nie bardziej unikatowe.

____________________________________________

 

       Myśląc o Hong Kongu większości osób przed oczami maluje się gigantyczna metropolia z charakterystycznymi biało-zielonymi promami kursującymi pomiędzy wyspami. Betonowa dżungla, gdzie ceny nieruchomości osiągają oderwane od rzeczywistości pułapy, a pojęcia takie jak spokój, czy otwarta przestrzeń znane są jedynie ze słowników wyrazów obcych. Tymczasem wystarczy niewiele ponad godzina jazdy autobusem z centrum, by znaleźć się w zupełnie innym świecie, zmieniającym nasze postrzeganie Hong Kongu o 180 stopni.

      Stojąc przy Sai Kung Highway zapominam, że jeszcze niedawno znajdowałem się w centrum biznesowego dystryktu tętniącej życiem metropolii. Wokół niewielkie domostwa nijak nie mające się do przepychu rezydencji na Wzgórzu Wiktorii i senna atmosfera sobotniego przedpołudnia. Wszystkie opisy szlaku, który chcemy przejść, wskazują na drogę z Ma On Shan Barbecue Area do Sai Kung. My ze względów logistycznych wolimy zakończyć podróż w pobliżu stacji metra, niż dopiero autobusem próbować dostać się do miejsca, z którego możliwy będzie bezproblemowy powrót. Poza tym tego samego dnia musimy wrócić do Shenzhen, a z północy jest nam zdecydowanie bliżej. Autobus numer 792M dostarcza nas do Sai Kung, skąd musimy jedną z lokalnych dróg dotrzeć do początku szlaku. Początek szlaku jest tu też określeniem dość umownym, gdyż brak tu początkowo żadnych oznaczeń i tracimy sporo czasu na odnalezienie schodów. Natychmiast uspokajam tu osoby, którym na dźwięk słowa „schody” stanęły przed oczami moje opowieści z gór w kontynentalnych Chinach. Tutaj schody obecne są jedynie w początkowej fazie, przechodząc później w normalny szlak, zbliżony do obrazu zakorzenionego w naszych głowach. Wspaniałe w Hong Kongu jest to, że prawie wszyscy mówią po angielsku, więc bez problemów można wypytać o drogę. Gdyby nie pomoc jednego z lokalnych mieszkańców, prawdopodobnie spędzilibyśmy jeszcze dobrą godzinę na poszukiwaniu wejścia na szlak. Gdybyście chcieli wejść kiedyś tą samą drogą, fotografie na końcu tekstu mogą okazać się przydatne:

       Przeklinam nowe wkładki w butach i wszystkie odcinki drogi uniemożliwiające poziome ułożenie stopy. To co w górach Zhangzjiajie i na tamtejszych schodach sprawdziło się doskonale, przy długotrwałym podejściu o jakimś stopniu nachylenia, w brutalny sposób zdziera mi tylną część pięty. Przyjemna w każdych okolicznościach przechadzka zmienia się dla mnie w batalię z samym sobą. Każde wypłaszczenie terenu, czy nawet stopnie wyciosane z głazów witam ze szczerą radością. Gdy w końcu roślinność nieco się przerzedza, zapominam o wszelkich niedogodnościach. Krajobraz rozciągający się wokół sprawia, że czuję się jak w typowych górach, które ktoś dla żartu rozrzucił wśród licznych wysepek. Połączenie prawdziwie hipnotyzujące, szczególnie jeśli uwzględnić fakt, że znajdujemy się na wysokości zaledwie 500m npm. Jako osoba do grona gór zaliczająca do tej pory obszary powyżej 2000m muszę zweryfikować swoją opinię. Stoimy na płaskowyżu Ngong Ping często używanym przez paralotniarzy, jednak ze względu na warunki pogodowe nie mamy szczęścia zaobserwować ich w akcji. Ponad nami pędzą gnane przez wiatr ciężkie chmury, lecz aura jest dla nas łaskawa – nie spada z nich ani jedna kropla deszczu. Wokół całkiem sporo ludzi i już na pierwszy rzut oka można zauważyć, że obraz różni się od tego kontynentalnego. Nikt się nie wydziera i nie puszcza na pełny regulator muzyki. Mijające nas dzieci nie wprawiają swoich rodziców w zachwyt recytując w naszym kierunku „Hello”, jako że oni sami przyjaźnie uśmiechają się do nas na powitanie, pytając nawet, czy mogą jakoś pomóc, gdy widzą nas lustrujących mapę. Nieopodal znajduje się pole biwakowe, na którym z oddali dostrzegam kilka kolorowych namiotów. Wszędzie wokół szlaku czysto, choć nie zauważyłem żadnego kosza na śmieci. Chłonę chwilę.

       Przed nami wznosi się Pyramid Hill (Tai Kam Chung) o wysokości 536m i kształcie w pełni usprawiedliwiającym swą nazwę. Roman spogląda pytająco na mnie i moje buty. Skoro doszedłem tutaj, to nie będę zawracał przed samym wierzchołkiem. Wąską ścieżką pnącą się stromo po południowej ścianie wzgórza ruszamy do góry. Podejście nie jest długie, lecz często jest na tyle strome, że wymaga użycia rąk. Zejście tą drogą po deszczu to niezbyt dobry pomysł. Po dwudziestu minutach stoimy na szczycie napawając się niesamowitym widokiem.

       – Mieszkamy niedaleko, koło stacji Heng On. Lubimy tu przychodzić w weekendy. Dobry sposób na odpoczynek – mówi mi w trakcie rozmowy kobieta spotkana na szczycie.

       Trudno się nie zgodzić. Za nami ścieżka opada ku płaskowyżowi i dalej w stronę zatoki, na której kołyszą się setki jachtów i łodzi. Na północ droga zbiega ze szczytu i prowadzi dalej grzbietami kolejnych wzgórz, jak żywo przypominając Niskie Tatry. Co zabawne nie jestem w tej opinii odosobniony. Gdy zamieściłem poniższe zdjęcie na facebooku pytając gdzie zostało zrobione, właśnie Niskie Tatry były najczęstszą odpowiedzią. Spoglądam na wijącą się na północy ścieżkę i autentycznie żałuję, że wybrać będziemy musieli krótszą trasę. O ile samozaparcia starczyło mi na dotychczasową wędrówkę, tak pchanie się dalej ze zdartymi piętami byłoby kompletnie bezsensowne. Spoglądam na mapę i fragment przebiegającego tędy Szlaku MacLehose’a, a w mojej głowie rodzi się pewien plan, który postaram się zrealizować w bliskiej przyszłości. Jednak tymczasem schodzimy z „Piramidy” i dalej ku punktowi startowemu większości wycieczek. Końcowa faza to normalna, asfaltowa droga, więc widząc zbliżającą się pustą taksówkę, nie wahamy się długo. Decyzja okazuje się ze wszech miar słuszna, gdy okazuje się jaki dystans dzielił nas od stacji metra.

       Stojąc w pociągu zmierzającym w stronę granicy czuję dziwną mieszankę frustracji i satysfakcji. Frustrujący jest fakt, że trasę musieliśmy skrócić, nie wchodząc na Ma On Shan. Z drugiej strony całodniowy, intensywny trekking po nieprzespanej nocy spędzonej na łażeniu po Hong Kongu i wdrapywaniu się na The Peak, był planem dość ambitnym. Chciałem przede wszystkim sprawdzić jak wyglądają możliwości trekkingowe w Hong Kongu i wejście na „Piramidę” dało mi wyczerpującą odpowiedź w tym zakresie. Możecie więc spodziewać się w przyszłości większej ilości opisów szlaków zza południowej granicy Shenzhen.

Trasa na google maps oraz dodatkowe wskazówki wizualne:

https://www.google.com/maps/dir/22.3779835,114.2649919/22.4179104,114.2261256/@22.401083,114.2429792,14.5z/data=!4m9!4m8!1m5!3m4!1m2!1d114.2523352!2d22.3958379!3s0x340405f022dfb3ab:0x5aa335e8dbe8a15!1m0!3e2

TAGS
RELATED POSTS

LEAVE A COMMENT

MATEUSZ GOSTOMSKI
Shenzhen, CHINY

Cześć, jestem Mateusz i od blisko pięciu lat mieszkam w Chinach. Jak wygląda Kraj Środka od środka i dlaczego nie wracam na stałe do Europy w ciągu najbliższych lat? Zostań i daj się zabrać do świata tak odmiennego od tego za oknem, że czasem aż trudno uwierzyć.