Poza Chinami

POCIĄG Z THAZI czyli najlepszy pociąg świata

on
25 maja 2019

Delikatne szarpnięcie oznajmia, że pociąg ruszył. Powoli zostawiam za sobą stację w Thazi i obserwuję jak krajobraz z prędkością niecałych 30km/h przesuwa się za pozbawionymi szyb oknami. Drewniana ława na której siedzą nie należy do najwygodniejszych i zaczynam się zastanawiać, czy wybór niższej klasy na pewno był najlepszą decyzją. Spędzę tu przecież najbliższe 11 godzin.

 

– Hello! Sir! – jakiś głos dochodzi do mnie z oddali. W końcu czyjaś ręka stuka mnie w ramię. – Sir, Thazi!

Budzę się momentalnie. Jestem w szoku, że w ogóle udało mi się zasnąć. Wprawdzie posiadłem niezwykle przydatną umiejętność spania gdziekolwiek, lecz byłem przekonany, że zajmowane przeze mnie miejsce nie spełnia kryteriów „gdziekolwiekowości”. O minibusie linii OK Bus napisać można prawie wszystko z wyjątkiem tego, że jest OK. Przez pięć godzin wraz z grupą nieszczęśników poszukiwaliśmy na fotelach zaprojektowanych chyba dla pasażerów z przedziału wiekowego „10 minus” pozycji nie oferującej w pakiecie utraty krążenia w kończynach. Wybiła godzina 01:00, a ja znajduję się sam gdzieś w centralnej Birmie, w mieścinie Thazi znanej jedynie z tego, że spotykają się tu dwie linie kolejowe. Serio – większość poszukiwań informacji na jej temat zakończycie na stronie z nazwą i pustą stroną. Istnieją tu bodajże 2 „hotele” i to w sumie na tyle. Sprawdzam w maps.me moje położenie i ruszam w stronę stacji. Pusta ulica oświetlona jest niemrawo rozstawionymi co jakiś czas, dogorywającymi lampami. Wokół ani jednej żywej duszy, nie licząc kilku drzemiących bezpańskich psów. Stworzenia te w innych okolicznościach i miejscach w Birmie będące najbardziej obok leniwców wyluzowanymi zwierzętami, nagle zaczynają okazywać mi brak sympatii. Będąc zawzięcie obszczekiwanym, z duszą na ramieniu podążam przed siebie, aż docieram do budynku stacji. Moi towarzysze finalnie znikają w mroku.

 

Stacja w Thazi nie jest wielka. Ot dwa okienka biletowe, kilka ławek i ludzie śpiący na matach porozkładanych na ziemi. Znajduję miejsce na jednej z ławek uświadamiając sobie, że spędzę tu resztę nocy. Ledwo siadam, gdy gasną światła w całej okolicy. W ciemnościach na sąsiedniej ławce rozlega się jedynie odgłos łamanych wafli ryżowych. Właściciel restauracji po drugiej stronie placyku zapala świeczki. Przerwy w dostawach energii są w Myanmarze na porządku dziennym i większość hoteli posiada na tę okoliczność własne generatory prądotwórcze. Tym razem przerwa trwa ponad godzinę.

Przed świtem stacja dwukrotnie ożywa, gdy na peron wjeżdżają pociągi kursujące z Yangonu do Mandalay. W końcu przed 06:00 postanawiam zakupić mój bilet. Zostaję zaproszony do pokoju kierownika, gdzie uiszczam opłatę w wysokości niecałego dolara i otrzymuję ręcznie wypisany bilet.

  null

null

Mnich zajmujący moje miejsce nie wierzy, że bilet dotyczy „zwyczajnej” klasy i kieruje mnie do kolejnego wagonu. Tam kontroler stwierdza, że mnich nie ma racji i po małym zamieszaniu zajmuję wreszcie moje miejsce na drewnianej ławce, naprzeciw starszego jegomościa. Ten wyciąga ze swojej torby średniej wielkości liść, smaruje go białą pastą, z kilku różnych pojemniczków nasypuje na to jakichś tajemniczych ziół, po czym zawija to wszystko i wkłada do ust. To betel, będący najpopularniejszą w Birmie używką, którą za grosze można nabyć praktycznie wszędzie. Stosujące ją osoby rozpoznacie po krwiście czerwonych zębach.

Wnętrze wagonu jest unikatowe. Przez szpary w deskach podłogi widzę uciekające podłoże. Nieopodal na sporych pakunkach rozkładają się trzy kobiety, zaś tuż za moją ławką umiejscowione zostają słusznych rozmiarów torby z listami i przesyłkami pocztowymi. Krajobraz za oknami pozbawionymi szyb przesuwa się leniwie z prędkością niecałych 30km/h. Trzeba jednak uważać na krwiożercze krzaczory, które co jakiś czas wdzierają się do środka z niecnymi zamiarami w stosunku do twarzy nieuważnych pasażerów. Mimo mizernej prędkości wagonem rzuca jak w łódką w czasie sztormu. Na szybszych liniach, gdzie prędkości osiągane przez pociągi dochodzą do zawrotnych 50km/h jest to ponoć jeszcze bardziej odczuwalne. Trudno się dziwić, skoro tory zostały zbudowane przez Brytyjczyków jeszcze w czasach kolonialnych.

Pociąg na linii Thazi – Shwenyaung nosi miano wolnego nie bez powodu. Dystans 247km pokonuje w 11h. Po drodze zatrzymuje się na licznych stacyjkach, gdzie przybycie pociągu staje się wydarzeniem dnia. Na peronie pojawiają się kobiety z koszami na głowach, sprzedające swe towary. Każda stacja wydaje się mieć jakiś motyw przewodni. Dla jednej są to warzywa, dla innej kwiaty. Handel odbywa się przeważnie przez okna, lecz czasem pasażerowie wychodzą na peron, by nabyć coś z prowizorycznych stoisk.

Powoli pniemy się przez zielone wzgórza. Kilkukrotnie zmieniamy kierunek jazdy, by zygzakami być w stanie dostać się na odpowiednią wysokość. Krajobraz za oknem zmienia się nie do poznania. Od spalonych słońcem równin, przez buchające zielenią wzgórza, aż po znaczone polami uprawnymi wyżyny. Zmianie ulega też nieco nastawienie moich współpasażerów. Początkowo trochę skrępowani, zaczynają okazywać żywsze zainteresowanie obcokrajowcem tłukącym się na drewnianej ławce. Nawiązuję też nić porozumienia z moim sąsiadem. Kończy się na pokazywaniu zdjęć rodziny i promocyjnego filmu o Polsce, który zawsze mam na tablecie. Gdy mężczyzna musi wysiąść na swojej stacji, żegna się ze mną jak ze starym znajomym i macha z peronu póki pociąg nie znika mu z oczu. A przecież nie mówił ani słowa po angielsku.

 

Gdy po blisko 11 godzinach docieram w końcu do Shwenyaung nie czuję się już turystą wrzuconym w sam środek lokalnego życia. Żegnają mnie wszyscy siedzący nieopodal pasażerowie. Na pożegnanie uśmiecha się pociągowy sprzedawca lodów, które z nieznanego mi powodu nie przeszły do tego momentu w stan płynny, z daleka macha mi kontroler biletów, a ja upewniam się w przekonaniu, że to ludzie są największym skarbem Myanmaru.

 

INFO PRAKTYCZNE

– Zajrzyjcie na stronę: https://www.seat61.com/Burma.htm . To prawdziwa skarbnica wiedzy na temat birmańskich pociągów.

– Bilet kupicie na stacji. Miejsce w zwykłej klasie kosztuje 1300kyat, w wyższej jest trochę droższy. Siedzenia w wyższej klasie są zdecydowanie bardziej komfortowe, lecz na drewnianych ławkach doświadczycie większego lokalnego kolorytu.

– Zaopatrzcie się w coś do jedzenia. O ile napoje można jakoś na mijanych stacjach uzupełniać, tak bliższy kontakt ze sprzedawanym tam jedzeniem może zakończyć się różnie.

– W Thazi funkcjonują dwa miejsca w których można się przespać: Moonlight guesthouse i Wonderful guesthouse.

– Na stacji w Thazi toaleta znajduje się na końcu peronu w baraku, którego nigdy nie podejrzewalibyście o takie przeznaczenie. Gdy wejdziecie do środka, stan ten nie ulegnie zmianie. Skorzystanie z toalety potrafi być przygodą.

null

null

null

null

TAGS
RELATED POSTS
4 komentarze
  1. Odpowiedz

    Przemo

    26 maja 2019

    Świetnie się to czyta! Chyba jeden z fajniejszych tekstów na blogu.

  2. Odpowiedz

    mattgost

    26 maja 2019

    Ogromne dzięki! Pociąg Thazi – Shwenyaung to jedno z moich najfajniejszych wspomnień z Myanmaru, więc może jakoś uwarunkowało to sam tekst 🙂

  3. Odpowiedz

    Romek

    18 lipca 2019

    A ten wspomniany film promocyjny o Polsce to bym zobaczył aby pogłębić kontekst – czy współpasażer poznał Polskę poprzez husarię i powstanie warszawskie czy wierzby płaczące i Szopena? hmm

    Pozdrowienia.

    • Odpowiedz

      mattgost

      18 lipca 2019

      Bez żadnych historycznych naleciałości – bez narratora osoba mająca zerowe pojęcie nie miałaby szansy tematu ogarnąć 🙂 Po prostu jak ktoś pyta jak wygląda Polska, to pokazuję to: https://www.youtube.com/watch?v=ekz6i58kVpI
      Dzięki za komentarz

LEAVE A COMMENT

MATEUSZ GOSTOMSKI
Shenzhen, CHINY

Cześć, jestem Mateusz i od blisko pięciu lat mieszkam w Chinach. Jak wygląda Kraj Środka od środka i dlaczego nie wracam na stałe do Europy w ciągu najbliższych lat? Zostań i daj się zabrać do świata tak odmiennego od tego za oknem, że czasem aż trudno uwierzyć.