Poza Chinami

INLE LAKE – Akrobaci wodnych ogrodów

on
2 czerwca 2019

Zostawiam za sobą budynek stacji kolejowej, podążając za kierowcą taksówki. Tak przynajmniej reklamował swoje usługi wykazując inicjatywę i wskakując do wciąż hamującego pociągu. Jako, że cena była przystępna, negocjacje przebiegły całkiem sprawnie. Spoglądając na drewnianą ławkę ustawioną na pace pickupa, jestem pewien, że gdyby tylna część mojego ciała potrafiła okazywać emocje, teraz, po 11 godzinach na ławce w pociągu zapłakałaby gorzko.

 

Jest już wieczór, gdy docieram do swego hostelu w Nyaung Shwe. Mimo dość późnej pory udaje mi się jeszcze na przystani zarezerwować łódź na następny dzień. Jezioro jest główną atrakcją regionu i z oczywistych względów właśnie przemieszczanie się drogą wodną ma najwięcej uroku. Ikonicznym obrazkiem są tu rybacy z plemienia Intha pracujący w bardzo unikalny sposób. Stają na jednej nodze na burcie łodzi, drugą zaplatając wokół wiosła i płynnymi ruchami wprawiając ją w ruch. Całość przypomina popisy akrobatyczne. Połów odbywa się za pomocą bambusowego, stożkowatego kosza z siecią, który zanurza się w wodzie, a następnie strasząc ryby harpunem przez otwór u zwieńczenia konstrukcji, zagania się je do sieci. To, co dla zwykłego śmiertelnika zakończyłoby się natychmiastową kąpielą, dla lokalnych mężczyzn jest rzeczą naturalną. Jezioro jest dla tutejszych ludzi nieodzownym elementem życia. To bezpośrednio na jego tafli uprawia się nawet warzywa, które na specjalnych matach unoszą się na powierzchni. Ponoć tutejsze pomidory są najlepsze w całej Birmie.

null

 

Gdy rankiem kanałem łączącym Nyaung Shwe z jeziorem wypływamy długą, wąską łodzią na wschód słońca, natychmiast zbliża się do nas mężczyzna w stroju rybaka, chętnie pozujący do zdjęć. Czy po porannych sesjach zdjęciowych naprawdę łowi ryby? Szczerze wątpię, szczególnie iż w oddali widać prawdziwych rybaków przy pracy. Poranne przedstawienie dla turystów prawdopodobnie stało się jego głównym źródłem dochodu. Biję się z myślami. Czy pośrednio wspierając tego typu proceder działamy na korzyść obszaru, czy wręcz przeciwnie? Czy można winić lokalną ludność za to, że próbuje wykorzystać fakt przybywania do okolicy turystów do zarobienia pieniędzy? A może uczestnicząc w procederze zaburzamy harmonię i przyczyniamy do rozmywania lokalnej tożsamości? Nie potrafię znaleźć jednoznacznej odpowiedzi. Płacąc za łódź spróbowałem jednak znaleźć możliwie złoty środek. Mianowicie zaznaczyłem wyraźnie, że nie jestem absolutnie zainteresowany wizytami w żadnych sklepach i innych turystycznych pułapkach, a zamiast tego chciałbym odwiedzić prawdziwie lokalne miejsce, nawet jeśli będzie się to wiązało z wyższą ceną. Wskazówki zostały najwyraźniej przekazane młodemu motorniczemu mojej łodzi, gdyż przez cały dzień trzymamy się z daleka od tradycyjnych miejsc masowych odwiedzin. Jedynym wyjątkiem jest In Dein, o wizytę w którym sam poprosiłem. Oryginalnym planem była podróż na odległe jezioro Sankar (znane też pod nazwą MoeBye Lake), lecz niestety ze względu na niski poziom wody dotarcie do niego rzeką nie jest możliwe. Okres poza głównym sezonem turystycznym ma również jednak swoje zalety. Między niezliczonymi stupami znaczącymi całe wzgórze w In Dein spaceruję – nie licząc jakiejś zbłąkanej pary – bez obecności choćby jednego turysty. Przed świątynią schronione w cieniu śpią psy, wewnątrz drzemią koty. Wszystko zdaje się płynąć swoim niespiesznym rytmem. Nawet właściciele mieszczących się przy zadaszonej drodze prowadzącej do świątyni stoisk z pamiątkami, zdają się poddawać sennej atmosferze. Wracając do czekającej na mnie łodzi mijam stadko owiec prowadzone przez kilku pasterzy, a na przystani zastaję grupkę bawiących się w wodzie dzieci. Toczące się wokół zabytków codzienne życie jest chyba najfajniejszym obrazem Myanmaru. Obrazem – trzeba nadmienić – nad wyraz często spotykanym.

 

null

null

 

W samym środku lokalnego życia znajduję się już niecałe dwie godziny później, gdy zgodnie z umową zawartą z kobietą w porcie, zamiast do sklepów z pamiątkami trafiam do lokalnej wioski. Cumujemy przed jednym ze zbudowanych na palach, ponad taflą wody domów i zostajemy zaproszeni do środka. Wnętrze urządzone jest bardzo skromne, a mam na uwadze fakt, że przecież nie należy do ono rodziny w lokalnych standardach uznawanej za ubogą. Siedząc na macie okrywającej drewnianą podłogę i sącząc ciemną, birmańską herbatę, wędruję myślami ku Polsce, gdzie pojęcie ubóstwa jest zupełnie inne. To, co dla nas jest ubóstwem, dla Myanmarczyków jest codziennością. Tymczasem życzliwości i pogody ducha moglibyśmy się od nich uczyć. Czy to spirala konsumpcjonizmu podsuwająca bez końca kolejne rzeczy materialne, których pragniemy i zazdrościmy sprawia, że zacierają się nam prawdziwe priorytety w życiu? A może po prostu, jak śpiewał kiedyś Kazik Staszewski:

Polacy są tak agresywni, a to dlatego, że nie ma słońca
Nieomal przez siedem miesięcy w roku, a lato nie jest gorące
Tylko zimno i pada, zimno i pada na to miejsce w środku Europy
Gdzie ciągle samochody są kradzione, a waluta to polski złoty

Po poczęstunku wsiadam z naszą gospodynią do niewielkiej łodzi. Wyłączam aparat fotograficzny. Wychodzę z założenia, że skoro poprosiłem o odmienne od typowo turystycznego doświadczenie, nie będę się jak stereotypowy turysta zachowywał i obdzierał ludzi z prywatności nawet w ich domowych zaciszach. Szczególnie w miejscu takim jak Myanmar pokazywanie przez przyjezdnych odpowiedniej wrażliwości uważam za element niezwykle istotny. Im więcej kontaktu z odpowiedzialnymi turystami będą mieli Birmańczycy, tym wolniej będzie przebiegała negatywna transformacja spowodowana rosnącą liczbą przyjezdnych. Z okien machają nam sąsiadki mojej przewodniczki, a nieopodal na pomoście przed jednym z domostw, mężczyźni podnoszą głośnik na wysokim drągu. Tego wieczoru ma się tu odbyć wesele i szczerze żałuję, że nie będzie mi dane być obserwatorem tego wydarzenia. Zatrzymujemy się przy szkole, w której trwają letnie zajęcia dodatkowe. Oglądam wszystko z dystansu, nie chcąc zakłócać dziennego rytmu placówki. Odmachuję jedynie uczniom i już po chwili na powrót siedzę w łodzi. Pytam, czy rankiem wszystkie dzieci dostarczane są do szkoły drogą wodną. Kobieta przytakuje; w końcu innych opcji w wiosce nie ma. Na koniec siadamy w lokalnej świątyni, gdzie moja przewodniczka nalewa herbaty z termosu pozostawionego w tym miejscu dla gości. Jest też jedzenie, ale wymawiam się upałem i brakiem apetytu. Świątynia jest bardzo prosta – pozbijana z blachy, bez zbędnych dekoracji i paradoksalnie z tego powodu podoba mi się bardziej niż wszystkie bogato zdobione przybytki. Po prostu jest to miejsce dla ludzi, którzy przychodzą tu co poniedziałek w konkretnym celu, nie przywiązując większej wagi do jego strony wizualnej. O ilu kościołach w Polsce można powiedzieć to samo? Pomijam nawet fakt, że w drzemce w świątyni nie ma tu niczego niestosownego, podobnie jak w spożyciu posiłku.

 

Żegnając się na przystani w Nyaung Shwe z moją przewodniczką i jej bratankiem cieszę się, że mogłem zobaczyć prawdziwe życie lokalnej ludności. Bez udawania, turystycznej sztuczności i tłumów ludzi. W końcu jedynym sposobem na poznanie danego kraju, jest poznanie jego mieszkańców. Jednocześnie czekając na nocny autobus do Mandalay uzmysławiam sobie, że przede mną już ostatni dzień pobytu w Myanmarze.

 

INFO PRAKTYCZNE

– Przy wjeździe na obszar Inle Lake będziecie musieli uiścić opłatę w wysokości 15000kyat. Bilet jest ważny przez 5 dni.

– Do standardowej łodzi mieszczą się 3-4 osoby. Cenę można negocjować, podobnie jak trasę zwiedzania. Jeśli nie zaznaczycie konkretnie co chcecie zobaczyć, zaoferowana zostanie wam typowa trasa uwzględniająca wizyty w warsztatach rzemieślniczych i przyległych do nich sklepach. Za wypłynięcie na wschód słońca, powrót do Nyaung Shwe w celu zjedzenia śniadania i dalsze zwiedzanie do godziny 15, zapłaciłem 50000kyat. Przy zwykłej standardowej wycieczce bez wschodu słońca cena ta może być niższa o ponad połowę. Gdybyście chcieli jednak doświadczyć czegoś bardziej lokalnego, podaję telefon do mojej gospodyni: Mamii – 09250134179

– Do jeziora Inle dostać się można autobusem, pociągiem, samolotem i pieszo. W przypadku drogi powietrznej leci się do Heho, zaś z pociągu trzeba wysiąść w Shwenyaung. Popularny jest też trzydniowy trekking z Kalaw do Inle.

null

null

null

TAGS
RELATED POSTS

LEAVE A COMMENT

MATEUSZ GOSTOMSKI
Shenzhen, CHINY

Cześć, jestem Mateusz i od blisko pięciu lat mieszkam w Chinach. Jak wygląda Kraj Środka od środka i dlaczego nie wracam na stałe do Europy w ciągu najbliższych lat? Zostań i daj się zabrać do świata tak odmiennego od tego za oknem, że czasem aż trudno uwierzyć.