Poza Chinami

MANDALAY – Dzień w mieście

on
9 czerwca 2019

Nocny autobus z Nyaung Shwe dociera do Mandalay nieco po 04:00 rano, gdy miasto pogrążone jest jeszcze we śnie. Lekko nieprzytomny wysiadam we wskazanym miejscu. Momentalnie podchodzi do mnie mężczyzna oferujący transport do hostelu. Cena jest na tyle atrakcyjna, a ja nie tyle zaspany, że nie zadaję dodatkowych pytań o środek transportu. Minutę później wraz z dwoma plecakami testuję lokalny sposób transportu jednośladem, skupiając całą swoją uwagę na utrzymaniu się na siodełku motoru. Rozpoczyna się mój ostatni dzień w Mandalay i Birmie.

 

 

Autobusy linii JJ Express po raz kolejny udowadniają, że są najlepszym lądowym środkiem transportu w Myanmarze. Trzy fotele lotnicze w rzędzie są gwarancją wygody, jakiej próżno szukać nawet w Polsce. Jedną rysą na idealnym obrazie jest postój mający miejsce jakąś godzinę po rozpoczęciu podróży. Jest to standardowa praktyka dla wszystkich dalekich połączeń autobusowych i nie byłoby w niej nic złego gdyby nie fakt, że danej pół godziny nie można spędzić we wnętrzu pojazdu. Jeśli już zdążyliście zasnąć, zostaniecie obudzeni i poproszeni o czasowy odpoczynek na zewnątrz.

Z moim znajomym kierowcą umówiłem się na 08:00, więc mam jeszcze trochę czasu na sen. Ostatni dzień postanawiam spędzić możliwie spokojnie i zobaczyć samo Mandalay. Na mojej liście jest co prawda kilka miejsc, lecz fakt, że wszystkie rozmieszczone są w obszarze miasta sprawia, że bez pośpiechu można odwiedzić je w ciągu jednego dnia. Jedynym miejscem poleconym przez mojego kierowcę, w które chcę zdążyć na konkretną godzinę jest Amarapura i pochód 1200 mnichów. Choć na miejsce docieram pół godziny przed czasem, wita mnie spory tłum, który zdążył już obstawić strategiczne miejsca wokół ulicy. Skoro dotarłem już na miejsce, chcąc nie chcąc muszę zaakceptować obecność kilkuset innych turystów, z których większość stanowią goście z ojczyzny Konfucjusza.

 

null

 

– Przepraszam, nie można używać aparatu – zaczepia mnie młoda kobieta z identyfikatorem, widząc trzymane przeze mnie w ręce urządzenie. – Tylko telefony komórkowe.

Niezbyt rozumiem sensowność tego przepisu, widząc jednego z chińskich turystów praktycznie przyklejającego telefon do twarzy młodego mnicha, lecz posłusznie zakrywam obiektyw i przechodzę trochę dalej. Po chwili podchodzi do mnie młody mężczyzna i również zwraca uwagę na kwestię aparatu. Wyjaśniam, że zostałem już poinstruowany i będę stosował się do zaleceń, czym chyba zyskuję jego sympatię. Po chwili zagaduje skąd jestem. W czasie dalszej pogawędki wypytuję o kwestię aparatów, argumentując, że aparat z teleobiektywem w przeciwieństwie do komórki nie skłania do podchodzenia zbyt blisko mnichów. W tym samym momencie na zamkniętą dla turystów drogę wychodzi jeden z obywateli Kraju Środka, by mieć lepszy punkt do zrobienia zdjęć swoim telefonem. Za jego przykładem podąża starsza kobieta, która bezceremonialnie wpycha się przede mnie. Mój nowopoznany przewodnik z wyraźną irytacją po raz kolejny usuwa ich za barierki. Gdy czując się chyba trochę jak zwierzęta w zoo, mnisi znikają w końcu z zasięgu wzroku tłumu, ten zaczyna się rozchodzić.

– Mieliśmy przypadki, że chińscy turyści bili się o dogodniejsze miejsca do zrobienia zdjęć – wzdycha mój nowy znajomy. – Dlatego zakazaliśmy używania aparatów w ogóle.

Przypominam sobie mój niedawny tekst na ten temat i ze zrozumieniem kiwam głową.

 

null

null

 

Nim docieram do któregokolwiek z miejsc na mojej liście, zatrzymuję się w warsztacie krawieckim, zajmującym się wytwarzaniem longyi. Całość mieści się w parterowym, drewnianym budynku, w którym przy tradycyjnych krosnach kobiety ręcznie wyplatają tkaniny na tradycyjne, birmańskie stroje. Brak tu jakiejkolwiek automatyki, czy elektrycznych urządzeń. Jak urzeczony przypatruję się jak żmudna praca powoli przekłada się na piękne wzory. Zostaję też przeszkolony jak odróżnić longyi wyprodukowane w Myanmarze od egzemplarze importowanego z Wietnamu.

W końcu trafiam do Shwenandaw Kyaung, uznawanego za jedno z bardziej urokliwych miejsc w Mandalay. Zbudowana w całości z drewna tekowego konstrukcja robi ogromne wrażenie liczbą detali i zdobień. Skupione w półmroku wnętrza zdają się emanować atmosferą spokoju i harmonii, pozwalając zapomnieć o chaotycznym życiu miasta tuż za wyjściową bramą. Ktoś modli się do posągu Buddy, kawałek dalej grupka dziewcząt w tradycyjnych strojach pozuje do sesji zdjęciowej wykonywanej telefonem komórkowym, między nogami przebiega mi kot. Daję się pochłonąć panującej wokół atmosferze, podświadomie starając się nawet stąpać ciszej, by nie zaburzyć jej swoją obecnością.

Świątynia Mahamuni jest z kolei przeciwieństwem raczej spokojnej Shwenandaw Kyaung i wypełniona jest ludźmi uczestniczącymi w jakichś uroczystościach. Wierni zajmujący zbyt odległe miejsca, na zawieszonych na ścianie telewizorach śledzą proces dekoracji posągu Buddy. Gdzieś obok, nie zważając na zamieszanie wokół, gazetę czyta mniszka w charakterystycznej, różowej tunice.

Nieopodal znajduje się Pagoda Kuthodaw, często zwana również największą księgą świata. Jeśli spodziewacie się jednak gigantycznych, papierowych stronic, muszę natychmiast wyprowadzić was z błędu. W rzeczywistości księgę stanowią marmurowe płyty z wyrytymi naukami Buddy, umiejscowione w niewielkich stupach. Budynków jest aż 729 i obliczono, że czytając po osiem godzin dziennie, dotarcie do końca „księgi” zajęłoby jednej osobie ok 450 dni. Obecnie miejsce to zdaje się być chętnie wykorzystywane przez miejscową ludność jako tło sesji fotograficznych.

Jest już po drugiej, a ja nie mam ochoty na wizytę w Pałacu Królewskim, będącym jedynie ziejącą pustkami repliką. Zamiast tego postanawiam się schronić na jakiś czas przed morderczym upałem, by potem pochodzić samotnie po mieście. O ile pierwsza część planu sprawdza się doskonale, tak spacer nosi spore znamiona problematyczności. W Mandalay trudno znaleźć po prostu chodniki – pełnią one funkcję parkingu dla wszelkich pojazdów, bądź w ogóle nie istnieją. Ponadto przejście na drugą stronę każdej większej ulicy jest niezbyt komfortowym doświadczeniem nawet dla mnie, po sześciu latach spędzonych w Chinach. A jeśli osoba mieszkająca na co dzień w Chinach zaczyna narzekać na ruch uliczny w innym kraju, to wiedz, że coś się dzieje. Po pewnym czasie kapituluję i po prostu idę coś zjeść.

 

Zmrok zapada szybko, jakby ktoś rzucił na miasto czarną płachtę. Siedząc na dachu hostelu i sącząc jakiś zimny napój, obserwuję jak noc bierze Mandalay w swe objęcia. To mój ostatni wieczór w Myanmarze i w głębi serca przykro mi, że osiem dni minęło tak szybko. Cieszę się jednak, że zdecydowałem się na samotną podróż. Gdybym zrezygnował ze względu na inną osobę, prawdopodobnie męczyłoby mnie to przez długi czas. Tymczasem mijający tydzień pozwolił mi na powrót wskoczyć na odpowiednie tory i już zaczynam się zastanawiać, który kraj południowej Azji odwiedzić w następnej kolejności. Birma zaś pozostanie ze mną jako wspomnienie kraju zamieszkanego przez najmilszych ludzi, przepełnionych życzliwością i radością. Oby stan ten potrafił utrzymać się tam jak najdłużej.

 

null

null

null

null

TAGS
RELATED POSTS

LEAVE A COMMENT

MATEUSZ GOSTOMSKI
Shenzhen, CHINY

Cześć, jestem Mateusz i od blisko pięciu lat mieszkam w Chinach. Jak wygląda Kraj Środka od środka i dlaczego nie wracam na stałe do Europy w ciągu najbliższych lat? Zostań i daj się zabrać do świata tak odmiennego od tego za oknem, że czasem aż trudno uwierzyć.