Felietony

Herbaciany przekręt

on
10 lipca 2018

     Jeśli masz wystarczająco dużo „szczęścia” zostaniesz zaczepiony przez grupkę młodych Chińczyków, bądź Chinek dobrze władających językiem angielskim i chcących zaprosić cię na herbatę, bądź do baru. Nie przyjmuj zaproszenia, gdyż herbata będzie kosztować cię 400 – 2000 RMB, a wyprawa do baru może zakończyć się utratą portfela.

     Mniej więcej taka wiadomość widniała w windzie hostelu w Szanghaju. Choć Chiny należą do grona krajów zdecydowanie bezpiecznych, powyższa kartka w klaustrofobicznej windzie przypomniała mi mój pierwszy dzień w Kraju Środka. Jak widać, pewne mechanizmy nie zmieniają się nawet po wielu latach.

     Jeśli ktoś wybierał się będzie do Szanghaju, czy Pekinu (w innych miejscach z powyższym procederem się nie spotkałem), ten tekst może zaoszczędzi mu odrobiny stresu. Niestety powyższą sytuację mogę opisać z autopsji. Cofnijmy się jednak do roku 2007 do Pekinu, gorączkowo przygotowującego się do Igrzysk Olimpijskich, do których rozpoczęcia pozostał wtedy niecały rok.

     Nie docierało do mnie, że jestem w Chinach praktycznie do momentu opuszczenia lotniska. Odrobinę szaleńczy, samotny wyjazd na blisko dwa miesiące, gdzie mój cały dobytek stanowił plecak, a jedyną pewną rzeczą była data lotu powrotnego z Hong Kongu rozpoczął się właśnie w taksówce. Kierowca nie był w stanie zrozumieć zapisanego po angielsku adresu hostelu, więc skończyło się na dotarciu do głównego dworca kolejowego. Zadziwiające jak dobrze po upływie tylu lat pamiętam praktycznie każdy dzień tej podróży. Po wizycie w banku, gdzie dokonałem wymiany dolarów na RMB i zakwaterowaniu w hostelu (w gruncie rzeczy innym, niż zakładałem, lecz liczył się fakt zapewnienia sobie pierwszego dachu nad głową) poczułem się całkiem pewnie. Wieczorem postanowiłem więc ruszyć na plac Tiananmen, by porobić po drodze kilka nocnych zdjęć Pekinu i wejścia do Zakazanego Miasta. Zbliżałem się już do celu, gdy nagle usłyszałem głośne „Hello!”. Podeszła do mnie grupka składająca się z trzech dziewczyn i jednego chłopaka. Wszyscy na oko w wieku uczelnianym. Uśmiechnięci, sympatyczni, zadający pytania o kraj z którego pochodzę i inne typowe dla tego typu sytuacji rzeczy. Gdy w końcu padła propozycja wspólnego pogadania przy herbacie, w mojej głowie nie zapaliła się żadna lampka podejrzliwości. Myślałem standardami europejskimi – herbata czy kawa w kawiarni to kilkanaście złotych, a bliższe poznawanie mieszkańców miejsc do których podróżujemy, to wszak jeden z podstawowych celów wyruszania na drugi koniec świata. Zgodziłem się i pozwoliłem zaprowadzić do „fajnego miejsca, które znali”.

     Od pierwszej chwili wszystko wyglądało kompletnie inaczej od zakorzenionych w mojej głowie standardów europejskich. Nie było kawiarni z mnóstwem stolików. Zamiast niej stał przede mną bogato dekorowany, drewniany chiński budynek, zapraszający do swojego wnętrza cicho sączącą się muzyką. Wewnątrz skierowano nas do osobnego pokoju, na którego środku znajdował się spory stół. Po chwili dołączyła do nas pracownica lokalu, prezentując różne typy herbaty i napełniając aromatycznym płynem filiżanki zebranych. Mówiąc o filiżankach daleki jestem jednak od obrazu, który maluje się teraz pewnie w waszych głowach. Chińskie tradycyjne filiżanki do herbaty są niewielkich rozmiarów i pozwalają na przełknięcie praktycznie całej zawartości jednym łykiem. Gdy na stole postawiono owoce, szaszłyki i inne pożywienie, zacząłem się czuć niezbyt komfortowo i oprócz coraz bardziej natarczywej myśli o opuszczeniu tego miejsca, jedyną która kotłowała się w moim umyśle było „ile to kosztuje i kto za to zapłaci?”. Przezornie postanowiłem nie częstować się niczym, a za kolejne filiżanki herbaty grzecznie dziękowałem (inna sprawa, że do tego momentu wypiłem około siedmiu). W końcu poproszono o rachunek. Wziąłem do ręki zapisany ręcznie papierek, starając się odszyfrować znajdującą się u góry cyfrę. 400 RMB (około 200 zł) – nie było aż tak dramatycznie. Zadałem więc kluczowe pytanie „Jak płacimy?”. „Są z nami trzy dziewczyny, więc może podzielimy się po połowie?” zaproponował chłopak, a ja zakładając wcześniej, iż będą próbowali wkręcić mnie w zapłacenie całego rachunku z ulgą wyciągnąłem 200RMB. „To nie jest 400RMB” oznajmiła mi z uśmiechem siedząca obok dziewczyna „Tam jest napisane 4000RMB”. 2000zł za herbatę dla 5 osób, talerz owoców i mięsa – Chiny nie zawsze są tanie, jeśli jest się wystarczająco głupim, by dać się wciągnąć w taką sytuację. Szczęśliwie w portfelu nosiłem jedynie 400RMB, resztę mocno ukrywając w plecaku. Pokazałem więc, że więcej przy sobie nie mam i zapłaciłem za siebie. Chłopak wyciągnął złotą kartę kredytową i bez mrugnięcia okiem zapłacił brakujące 3600 yuanów. Całkiem nieźle jak na studenta.

     Jak większość z Was pewnie zdążyła się już zorientować – grupki przyjaciół obcokrajowców zatrudniane są przez herbaciarnie i tego typu miejsca. Mają oni za zadanie zaproszenie cudzoziemców na herbatę/piwo, co nie wzbudzi w pierwszym momencie żadnych podejrzeń. W hostelu jedna z zatrzymujących się w nim osób miała identyczne doświadczenie. W drodze powrotnej do hostelu zaczepiły mnie dwie śliczne Chinki. I to przez duże Ś. Zaczęło się dokładnie w ten sam sposób, czyli pytania o to skąd jestem, co robię w Chinach itd. Potem zaproponowany został wspólny wypad na piwo. Nie byłem zbyt skory do pogaduszek, więc zniknęły bardzo szybko.

     Tak dosadne dostanie po uszach już pierwszego dnia było z perspektywy czasu całkiem pożyteczne. Uczuliło mnie na wiele spraw na pozostały okres mojego pobytu w Państwie Środka. Inna sprawa, że z tego typu sytuacjami nie miałem już praktycznie styczności. Nie należy też z tego powodu skreślać ludności Chin, starającej się nawiązać z nami jakiś kontakt. Wielokrotnie spotkałem się tu z bezinteresowną pomocą i ogromną życzliwością ludzką, a pojedynczy incydent nie był w stanie przesłonić wszystkich tych pozytywnych momentów. Piłem herbatę w domu nowopoznanej rodziny w wiosce w której kończyła się już droga, świętowałem postawienie ostatniej ściany domu gdzieś wśród pól ryżowych, gdzie do najbliższej drogi asfaltowej były dwie godziny marszu. Chińczycy to w ogromnej większości bardzo sympatyczni i gościnni ludzie, lecz jak w każdym kraju na świecie, znajdują się wśród nich jednostki burzące ten obraz. Zresztą jako Polacy wiemy o tym chyba zbyt wiele.

     Podróżując bądźmy otwarci na ludzi, gdyż to oni stanowią najważniejszą wartość wyjazdów do nowych miejsc. Zachowajmy jednak niezbędną czujność i zdrowy rozsądek.

TAGS
RELATED POSTS
1 Comment
  1. Odpowiedz

    by_white

    18 października 2018

    Bardzo pożyteczny wpis. Początkowo sądziłem, że będzie tutaj mowa o jakichś chorobach czy dziwnych przypadkach bardziej pod kątem medycznym (i pewnie taki był zamysł), nie mniej jednak jest to szalenie przydatna notka. Znam siebie i wiem, że gdybym znalazł się w Szanghaju i ktoś zaczął do mnie płynnie mówić po angielsku, to trzymałbym się go kurczowo, póki nie ogarnąłbym chociaż podstaw funkcjonowania w tamtym miejscu. Jeżeli kiedykolwiek się wybiorę (a dużo wskazuje na to, że to całkiem możliwe), będę miał na uwadze owe licealistki i licealistów.

LEAVE A COMMENT

MATEUSZ GOSTOMSKI
Shenzhen, CHINY

Cześć, jestem Mateusz i od blisko pięciu lat mieszkam w Chinach. Jak wygląda Kraj Środka od środka i dlaczego nie wracam na stałe do Europy w ciągu najbliższych lat? Zostań i daj się zabrać do świata tak odmiennego od tego za oknem, że czasem aż trudno uwierzyć.