Felietony

CHIŃSKIE ŁAZIENKOWE REWOLUCJE – dramat w dwóch aktach

on
27 kwietnia 2020

Niniejszy tekst będzie z grupy tych niestandardowych. Przeleżał w szufladzie parę ładnych lat, czekając na odpowiedni moment i chwila, gdy na całym świecie ludzie zamienili wypady na plażę, czy basen na ekspedycje do łazienki, może być doskonała, by wreszcie ujrzał światło dzienne. Obecnie na rzeczone wydarzenia patrzę już tylko z uśmiechem igrającym na ustach, lecz wówczas były dla mnie wyprawą do jądra mojej cierpliwości i spokoju. Mam nadzieję, że znajdziecie w nim trochę rozrywki i przywoła na wasze twarze uśmiech.

By moje motywacje były klarowne, trzeba na starcie wyjaśnić jak wygląda tradycyjna chińska łazienka w budynku z drugiej połowy lat 80. Zapomnijcie o kabinach prysznicowych, wannach i innych tego typu udogodnieniach. W wielu przypadkach zapomnijcie nawet o standardowej toalecie typu zachodniego – jak tu jest określana. W tradycyjnej toalecie chińskiej „Myśliciel” Auguste Rodin’a zastąpiony zostaje przez Adama Małysza w pozycji dojazdowej. Funkcję toalety spełnia po prostu profilowany odpowiednio otwór w podłodze z miejscem na stopy po obu stronach i spłuczce obsługiwanej stopą. Często otwór ten pełni równocześnie funkcję rury odpływowej dla wody podczas brania prysznicu, widziałem również rozwiązanie uwzględniające odprowadzanie w ten sposób wody z pralki. Choć rozwiązanie to z pewnością zapewnia w pomieszczeniu więcej przestrzeni wizualnej, tak z higienicznego punktu widzenia nie powala. Szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że wzięcie prysznicu jest równoznaczne zalaniem całej łazienki. Swoistą wisienką na torcie było w mojej łazience niewielkie okienko, którego nie dało się zamknąć. O ile przez większą część roku nie stanowiło to żadnego problemu, tak w okresie zimowym, gdy temperatury spadają czasem w Shenzhen do ok 10C, a w mieszkaniach nie występuje żadne ogrzewanie, poranny prysznic z zimnym wiatrem zawiewającym prosto na mokrą skórę, był doświadczeniem aż nazbyt orzeźwiającym.

Biorąc pod uwagę przytoczone powyżej okoliczności, nie powinno nikogo dziwić, że zbudowanie łazienki na nowo było dla mnie zadaniem priorytetowym od chwili przeprowadzenia się do Chin. I to mimo jej sporego unormalnienia (wg. naszych standardów) – mogłem się tam komfortowo oddawać rozmyślaniom natury egzystencjalnej, a pralka obsługiwana była swoją prywatną rurą. Co z tego, gdy chcąc umyć ręce zmuszony byłem chodzić po zalanych wodą kafelkach. Gdy więc tylko na horyzoncie pojawił się pierwszy okres, gdy moja małżonka mogła na blisko 3 tygodnie wyjechać do rodziców bez konsekwencji w pracy, podjęliśmy decyzję – wysadzamy wszystko w powietrze i budujemy od nowa. Plan był prosty – na okres chińskiego nowego roku miałem zostać sam w Shenzhen i nadzorować prace budowlane. Przejdźmy więc do clou tego wpisu.

 

DRAMATIS PERSONAE:

Mistrz Fa Hu – (bo w chińskim nie ma ch) człowiek od wszystkiego i niczego, główny autor

łazienkowej gehenny.

Pomocnik – pozostający w cieniu swego kompana, odpowiedzialny za ułożenie i wyprowadzenie rur.

Szef – mistrz cieni, działający głównie zakulisowo. Pojawiający się na scenie jedynie w kluczowych momentach.

Emo gimnazjaliści – czyli dwójka o trudnym do określenia wieku, zdająca się być elementem jakiejś kompletnie innej historii, nijak nie pasująca do wykonywanej przez siebie pracy.

Autor – bohater tragiczny całego dramatu.

 

AKT 1

Gdzie zostaję oszołomiony chińską myślą hydrauliczną, a na scenie pojawiają się drzwi… trzykrotnie.

 

Do całej operacji przystąpiliśmy odpowiednio wcześniej, by nie pozwolić żadnym niespodziewanym wydarzeniom na pokrzyżowanie naszych planów. Szczególnie problematyczne było znalezienie ekipy pozostającej w Shenzhen wystarczająco długo, by być w stanie przeprowadzić rzeczone prace we wskazanym terminie.

Na pierwszy ogień poszło rozrysowanie planu łazienki. Pierwotna wersja poleciała do kosza już następnego dnia, po dokładnych oględzinach sufitu. Otóż rozwiązałem zagadkę wyjątkowo nisko zawieszonej konstrukcji – nie była to fanaberia odpowiedzialnej za ten aspekt osoby, lecz jedyny sposób na zakrycie biegnących kilkanaście centymetrów poniżej poziomu sufitu rur, malowniczo przecinających całe pomieszczenia. Jakich rur? – można spytać. Otóż w swej genialności architekt odpowiedzialny za kanalizację w budynku, postanowił obdarować mieszkańców każdego z mieszkań rurami odpływowymi sąsiadów mieszkających nad nim. Jasnym stało się, że jakiekolwiek zmiany w tym zakresie nie będą możliwe bez równoczesnego przeprowadzenia demolki łazienki u sąsiadów z dołu. Powstał drugi plan uwzględniający niezmienialne aspekty rurowe.

Tutaj na scenę wchodzą główni bohaterowie spektaklu – ekipa remontowa. Pierwsze wrażenie może być bardzo mylne, gdyż głównodowodzący ekipy wydał mi się początkowo osobą, która wie co robi. Spojrzał na nasz plan, dokładnie obejrzał łazienkę, wskazał mające zostać wprowadzone rozwiązania i zapewnił o rozpoczęciu prac określonego dnia rano. Nam pozostało dopełnić takich podstawowych czynności jak zakup kafelków, czy też wymiana mojego ulubionego zimowego lufciku oraz drzwi. Nowe okno pojawiło się dość sprawnie, momentalnie podnosząc komfort w tym skądinąd chłodnym okresie. Gorzej sprawy wyglądały w przypadku drzwi.

Drzwi do łazienki. Nawet teraz, gdy co jakiś czas zmuszony jestem naprawiać w nich zamek, trudno nie patrzeć mi z pewną dozą czułości. Może po prostu człowiek bardziej docenia rzeczy zdobyte z trudem. Pierwsze zamówione przez nas drzwi zakończyły swój żywot jeszcze w sklepie, gdy dwóch pracowników przypadkiem zbyło w nich szybę. Przygotowanie kolejnych pochłonęło następny tydzień i tym razem wykonany został kolejny krok na drodze do sukcesu – drzwi dotarły do naszego mieszkania. Stare zostały wymontowane i już miał ruszyć proces wstawiania ościeżnicy, gdy w oczy rzucił mi się pewien mało istotny detal – klamka i zawiasy znalazły się po niewłaściwych stronach. Tym sposobem otwarcie drzwi do łazienki wymagałoby ode mnie wejścia na pralkę, bądź chwilowe przejście do kuchni. Jak to mówią – do trzech razy sztuka. Miałem przynajmniej taką nadzieję, gdyż trzecie podejście odbyć się miało tego samego dnia, gdy do akcji wkraczali panowie od robót ciężkich.

Na D-Day przygotowany byłem całkiem nieźle. Nie chciałem przykrywać wszystkiego w dużym pokoju folią, jako iż wciąż miałem w tym mieszkaniu jakoś egzystować. Zamiast tego postanowiłem uszczelnić próg nowych drzwi i wspomóc go prowizoryczna kurtyną przeciwpyłową. Z samego rana na scenę po raz kolejny wniesione zostały drzwi. Patrząc na dwójkę targających ich chłopaków utwierdziłem się w przekonaniu, że gimnazja mają właśnie ferie. Nie wiem naprawdę, czy drzwi nie ważyły więcej od każdego z nich, jednak jakimś cudem zdołali wytargać je na drugie piętro (w Chinach nie ma czegoś takiego jak parter). Ku mojemu przerażeniu, tychże dwóch nieletnich z grzywkami w stylu emo przystąpiło do montażu.

Wyrąbany już poprzednio otwór drzwiowy od samego początku najwyraźniej postanowił stawić im dzielny opór, uniemożliwiając realizację pokrętnych planów. Narzędziem rozwiązania sporu stał się młotek, który sukcesywnie zaczął poszerzać przestrzeń drzwiową. Po godzinie tłuczenia, ościeżnica znalazła się na swoim miejscu. Że przy okazji z jednej jej strony brakowało paru centymetrów muru było jedynie drobną niedoskonałością. Problemem był prześwit pomiędzy drzwiami, a ościeżnicą, praktycznie uniemożliwiający ich zamknięcie. Blisko dwu centymetrowa szczelina w pewnym sensie zaprzeczała sensowności posiadania drzwi, więc skontaktowałem się z właścicielem firmy i kazałem zabierać mu jego produkt w cholerę. Jego propozycja, że dostarczy odpowiedni produkt po przerwie noworocznej, została skwitowana wciśnięciem czerwonej słuchawki.

Tak więc zostałem bez drzwi do łazienki, z ekipą od robót ciężkich właśnie rozpoczynającą pracę. W trybie ekspresowym przykryłem co byłem w stanie płachtami foliowymi i jedynie westchnąłem ciężko na odgłos odpalanych w łazience urządzeń.

 

AKT 2

Gdzie mój spokój ducha notorycznie wystawiany jest na ciężkie próby i odkrywam, że człowiek jest w stanie funkcjonować bez mózgu.

 

Gdy pod progiem drzwi do sypialni zaczął sączyć się biały pył, doszedłem do wniosku, że coś jest mocno nie tak. Wyszedłem z pokoju, zanurzając się w kurzawie zasięgiem widzenia konkurującej śmiało z potężną burzą śnieżną na Antarktydzie. Trochę po omacku dotarłem do łazienki, gdzie w tumanach kurzu zastałem robotników przelewających swe wszystkie życiowe frustracje na ściany i kafelki. Bez żadnych maseczek antypyłowych, ochrony na oczy, czy innych zbytecznych akcesoriów… przy zamkniętym oknie. Patrząc na nich podejrzliwie wskazałem na zamknięte okno, a w odpowiedzi napotkałem jedynie pytający wzrok dwóch par oczu. Otwórzcie okno – powiedziałem, a twarze moich rozmówców rozjaśnił wreszcie błysk zrozumienia. Tak przynajmniej mi się wydało, gdyż kurzawa dość skutecznie ograniczała widoczność. Jeden z mężczyzn wykonał polecenie, a gdy natężenie pyłu unoszącego się w powietrzu zaczęło opadać, uniósł triumfalnie kciuk, kwitując to krótkim hao (dobrze). W ciągu kolejnych dwóch dni niezbyt urodziwa łazienka przeszła transformację w średniowieczny loch. W destrukcji moi „fachowcy” okazali się skuteczni i mimo incydentu z oknem miałem nadzieję, że etap odbudowy pójdzie im równie bezproblemowo. Rury mające doprowadzić wodę w nowy punkt pomieszczenia zostały położone w świeżo wyrytych szczelinach i rozpoczęła się faza przywracania pomieszczeniu wyglądu łazienki. Na koniec jednego z dni roboczych Mistrz Fa Hu pozostawiony przez swego wspólnika po etapie kładzenia nowych rur samopas, zawołał mnie do łazienki by zaprezentować dwie pierwsze, ukończone ściany. Nie musiałem być ekspertem budowlanym, by dostrzec, że ta odchodząca od drzwi, przybrała kształt znaku większości. Przyłożona w okolicach środka ściany poziomica oparła się o nią jedynie krawędziami, w środku pozostawiając obszar w który spokojnie można było włożyć dwa palce. Robotnik spojrzał na mnie pytająco i zapytał, czy ma ściągnąć kafelki. Może kabina prysznicowa ze szczeliną przy ścianie miałaby po prostu sprawić, że poczułbym się w łazience z zalaną podłogą jak dawniej? Drugie podejście do problematycznej ściany nastąpiło kolejnego dnia, po czym ponownie zostały mi zaprezentowane efekty pracy. Najbardziej zaskakującym elementem, walącym po oczach niczym szwedzka wycieczka w Bronxie w latach 60, była fuga położona w górnym rogu ściany celem zamaskowania nowopowstałej szczeliny. Poziomica ponownie poszła w ruch, wykazując 6cm różnicy pomiędzy najniższym, a najwyższym punktem ściany. Mistrz najwyraźniej nie dostrzegał problemu, gdyż ponownie był szczerze zdziwiony, gdy kazałem mu zdjąć wszystko i położyć na nowo. Kolejnego dnia pojawił się z szefem i wyrazem twarzy wskazującym na głęboką niechęć do czepiających się pierdół obcokrajowców. Szef sięgnął po stojącą od pierwszego dnia w pokoju skrzynkę i wydobył z niej jakieś urządzenie. Okazało się, że to samopoziomujący się laserowy wyświetlacz pionu ścian. Czemu nikt nie postanowił użyć go już pierwszego dnia, pozostaje dla mnie zagadką do dziś. W każdym razie szef również zdawał się nie zauważać problemu w dotychczasowej pracy swego podopiecznego, gdyż patrząc na wyświetloną linię odbiegającą dość znacząco od faktycznego stanu mojej ściany, podniósł jedynie kciuk i rzucił pytające „hao?”. Finalnie trzecie podejście do kładzenia kafelków na tej samej ścianie zakończyło się sukcesem. Jeden niedługo potem odpadł, lecz nie zagłębiajmy się w detale.

Po tygodniu prac, Mistrz Fa Hu tymczasowo zakończył prace, podłączając mi wreszcie toaletę i baterię prysznicową. Nie wspomniałem wcześniej, ale tydzień bez toalety w domu to sprawa o wyjątkowym stopniu upierdliwości, wymagająca odpowiedniego planowania i zgrania różnych czynników w czasie. Wprawdzie widok dzieci załatwiających potrzeby fizjologiczne na ulicy jest w Chinach dość powszechny, lecz obawiam się, że ja w podobnej sytuacji wzbudziłbym niezdrową sensację. Dobrze, że toalety publiczne są w Shenzhen naprawdę przyzwoite w porównaniu z tymi w Polsce, także codzienne zakupy zawsze miały kluczowy podtekst. Możliwość załatwienia spraw prywatnych w domu była kamieniem milowym całego procesu. Gdy położyłem fugi, również prysznic zaczął jawić mi się jako czynnik spełnienia całkowitego. Wieczorna wizyta w łazience wiązała się dla mnie jednak z przyswojeniem dwóch informacji – dobrej i złej, jak to przeważnie bywa. Dobra była taka, że położone przeze mnie fugi najwyraźniej doskonale wywiązywały się ze swojej roli. Ta gorsza obejmowała wodę na podłodze. Szybkie śledztwo wykazało wyciek z jednej z rur doprowadzających wodę do nowej baterii prysznicowej. Będąc przekonany, że to kwestia niedokręcenia, chwyciłem za klucz francuski i naprawiłem mankament. Wytarłem podłogę i pozostawiłem fugę do porządnego wyschnięcia. Rano ponownie wszedłem w kałużę. Nie dowierzając sprawdziłem korygowaną przeze mnie poprzedniego dnia rurę, lecz nie znalazłem na niej ani śladu wody. Cieknąć zaczęła teraz druga z nich. Ponownie wprowadziłem korekty, by po godzinie przekonać się, że problem wrócił do punktu wyjścia. Dokręcając baterię z jednej strony, druga strona zaczynała cieknąć. Okazało się, że rury nie zostały wyprowadzone ze ściany równolegle, więc dokręcenie baterii z jednej strony, oznaczało poluzowanie po drugiej. Przy okazji tych operacji jedna z uszczelek powiedziała „pas” i przeciek stał się na tyle zauważalny, że wymagałby ode mnie rotacji wiadrami w cyklu godzinnym. Telefon do Mistrza Fa Hu nie przyniósł skutku – mój ulubieniec podobnie jak większość robotników w Shenzhen zdążył już wyjechać do swojej rodzinnej wioski i wrócić miał dopiero za dziewięć dni. Moje marzenia o prysznicu oddaliły się drastycznie, pozostawiając z jedynym rozwiązaniem, czyli demontażem baterii i czasowym zaślepieniem rur. Tak spędziłem cały okres chińskiego nowego roku, oczekując na powrót ekspertów do miasta. Przypominam, że wciąż w tym momencie czekałem na nowe drzwi – zamówione już z innego źródła – co miało umożliwić położenie kafelków na ostatniej ścianie. Gdy Mistrz Fa Hu stanął ponownie w moich drzwiach (wejściowych – tych na szczęście nikt w całym procesie nie zdemontował), nie poczułem na jego widok radości. Wskazałem po prostu problem, który skwitowany został charakterystycznym mei shi, czyli chińskim odpowiednikiem „nie szkodzi”, „nie ma problemu”. Zagryzłem zęby i opuściłem pomieszczenie. Jakiś czas po wyjściu mojego ulubieńca postanowiłem sprawdzić jak sprawy w łazience się mają. Chciałbym napisać, że byłem zdziwiony rosnącą plamą wody na posadzce. Mistrz zjawił się więc ponownie, z niezbyt zadowolonym wyrazem twarzy. Wydaje mi się, że pod względem niezadowolenia dystansowałem go samą aurą, więc bez słowa zabrał się do pracy. Gdy następnego ranka ponownie zastałem wodę w łazience, przed oczami przemknęła mi scena z „Psychozy” Hitchcocka, gdzie Mistrz Fa Hu odgrywał scenę prysznicową. Kolejny telefon zaowocował pojawieniem się trzyosobowej ekipy – szefa spółki, Mistrza oraz jegomościa pomagającego mu przy destrukcji i rurach w ciągu pierwszych kilku dni. Panowie odkręcili baterię, pokiwali głowami nad krzywo wyprowadzonymi rurami i z kolejnym zestawem uszczelek, przykręcili baterię. Bywają w życiu każdego człowieka chwile, gdy jedno niewinne zdarzenie, czy słowo staje się zapalnikiem, kroplą przelewającą czarę. W moim przypadku było to hao Mistrza Fa Hu, standardowo wzmocnione uniesionym kciukiem. Furia spłynęła mi na oczy, a moje bu hao (jak się można domyślić, będące odwrotnością hao) usłyszeli prawdopodobnie mieszkańcy budynków po drugiej stronie ulicy. Mokry ręcznik będący jedynym narzędziem, jakie miałem akurat pod ręką lotem koszącym przeciął niewielką powierzchnię łazienki, rozpłaszczając się na ścianie obok Mistrza z taką energią, że ten lekko pobladł. Przeprowadzając dla pospiesznie opuszczających lokal mężczyzn przyspieszony kurs podstawowych zwrotów w języku polskim, miałem głęboko z tyłu, że nie rozumieją ani słowa. Podobnie byłoby w przypadku angielskiego, a jednak w języku ojczystym najlepiej zrzuca się balast z serca. Jestem mimo wszystko przekonany, że ogólna wiadomość została dostarczona.

 

EPILOG

 

Dwa tygodnie później otwór ziejący w ścianie został wreszcie wzbogacony o drzwi, a Mistrz Fa Hu przybył z ostatnią misją. Nie było mnie wówczas w domu, co z pewnością zadziałało na jego korzyść. W przypływie natchnienia na ostatniej ścianie położył nawet mimo próśb fugi. Wszystko byłoby pięknie, gdyby kafelki ułożone były faktycznie poziomo, a klej nie był koloru czarnego, co w połączeniu z białą fugą nie stworzyło zbyt estetycznego obrazka. Na wydrapywaniu starej fugi i kładzeniu nowej upłynął mi cały wieczór – ostatni prezent od Mistrza Fa Hu, którego nie zobaczyłem już więcej na oczy.

Spędzając teraz więcej czasu w domu, doceńcie swoje łazienki i kuchnie. Wspomnijcie ciepło wszystkich ekspertów rozpoczynających wizytę od retorycznego pytania „a kto to panu tak spierdolił”? Rozwiązując krzyżówkę, lub czytając książkę w toalecie, doceńcie fakt, że nie musicie robić tego ćwicząc pozycję dojazdową, bądź że czynność ta nie musiała zostać poprzedzona ułożeniem całego planu popołudnia. A przede wszystkim zważywszy na obecną sytuację na świecie – zostańcie w domu.

TAGS
RELATED POSTS

LEAVE A COMMENT

MATEUSZ GOSTOMSKI
Shenzhen, CHINY

Cześć, jestem Mateusz i od ponad ośmiu lat mieszkam w Chinach. Jak wygląda Kraj Środka od środka i dlaczego nie wracam na stałe do Europy w ciągu najbliższych lat? Zostań i daj się zabrać do świata tak odmiennego od tego za oknem, że czasem aż trudno uwierzyć.