Felietony

BLONDYNKA i księga zaginionego sensu

on
3 września 2018

     Istnieją książki podróżnicze, które po przeczytaniu kilku stron chwytają nas w swe szpony i nie puszczają, póki nie dotrzemy do końca podróży. Pozycje ponadczasowe, które czyta się równie dobrze w chwili publikacji, jak i kilkadziesiąt lat później, gdyż niezmiennie przenoszą nas w przedstawiony przez autorów świat. „Blondynka w Chinach” Beaty Pawlikowskiej nie jest jedną z nich.

     Po „Blondynkę” sięgnąłem po raz pierwszy kilka lat temu, gdy żyłem w przeświadczeniu, że pani Beata Pawlikowska ma coś wartościowego do powiedzenia. Przekonanie to wywodziło się głównie ze szczątkowych informacji na temat jej osoby, malujących panią Pawlikowską jako ekspertkę od Ameryki Południowej, nie zaś z bezpośredniego kontaktu z jej twórczością. Podejrzewam, że właśnie z tego powodu „Blondynka” znalazła się na mojej półce. Logo National Geographic sygnujące omawianą pozycję z pewnością podnosiło jej rangę. Gdy przewróciłem ostatnią stronę, wiedziałem, że do pozycji tej na pewno wrócę i byłby to doskonały wstęp, gdyby nie fakt, że owa świadomość wywoływała we mnie torsje.

 

BLONDYNKA I SPALONA KLAWIATURA

     I Ty możesz zostać pisarzem. Nie potrzebujesz merytorycznej wiedzy. Przepis na książkę Beaty Pawlikowskiej jest bardzo prosty. Do miski wsyp szczyptę faktów, po czym zasyp je garścią cytatów z kilku znanych dzieł. Do połowy wypełnij zawartość zdjęciami o dowolnej jakości, po czym całość zalej potężną ilością wodolejstwa. Jeśli mimo wszystko wyszła strawna, dopraw wedle uznania własnymi wynurzeniami pseudofilozoficznymi, przy których Paolo Coelho zaczyna się jawić niczym pisarz natchniony. Podawaj z herbatą.

     Do drugiego seansu z „Blondynką” usiadłem uzbrojony w notatnik i odpowiednie nastawienie mentalne. Wystarczającej odporności na natłok bzdur niestety nie byłem w stanie wypracować, a te opadły mnie momentalnie. Po lekturze sporej części książki nabrałem pewności – Beata Pawlikowska jest telepatką. Zacząłem też rugać się, że nie wpadłem dotychczas na pomysł rozmawiania z Chińczykami po polsku:

 

     – Zupka? – zapytała kucharka po chińsku. – Dobry, zdrowy, silny chiński rosół.
– Pysznie wygląda – przyznałam.
– Co dodajemy? Makaron?
– Makaron. Szczypiorek.
– Grzyby?
– Tak, grzyby też.
– W okolicach Dali rośnie dwieście gatunków grzybów – dorzuciła kucharka pogodnie.
To znaczy, przypuszczam, że to właśnie mogła powiedzieć – wnioskując z wyrazu twarzy i gestów.

 

     Jeśli mylicie, że to odosobniony przypadek w niniejszym dziele, muszę wyprowadzić was z błędu. Kwiatków tego typu jest całe zatrzęsienie, niezmiennie powodując opad rąk.

 

     – A ma pan filiżankę, żebym mogła spróbować? – zapytałam po polsku, poruszając palcami tak, jakbym trzymała za uszko filiżankę i zbliżała ją do ust.
– O nie, niestety, nie mogę zrobić herbaty – odrzekł Chińczyk rozkładając ręce. Mówił po chińsku w odpowiedzi na moje polskie pytanie, ale jak zwykle rozumieliśmy się bez trudu.
– A gdzie mogę się napić herbaty?
– Nie wiem, nie wiem, u mnie jest tylko sucha herbata na wagę.
Oraz w postaci latających spodków – dodałam w myślach. […]
– Czerwona herbata? – zapytałam po polsku.
– To jest herbata pu-erh, bardzo dobra, wyjątkowej jakości – odrzekł po chińsku sprzedawca.

 

     W przeciwieństwie do pani Beaty nie posiadłem zdolności rozumienia wszystkich odpowiedzi wygłaszanych po chińsku, nawet jeśli jestem pewien, iż rozmówca zadane po chińsku pytanie zrozumiał. Postanowiłem sprawdzić więc w jednej z restauracji powyższą metodę, zakładając, że złapałem właśnie Pana Boga za nogi i odkryłem sposób na bezproblemowe porozumiewanie ze wszystkimi tutejszymi mieszkańcami. Niestety próba nie zakończyła się sukcesem. Najpierw na twarzy kelnerki pojawił się pełen zakłopotania uśmiech, a gdy po raz kolejny powtórzyłem powoli i wyraźnie „wołowina z ziemniakami”, szybkim krokiem oddaliła się w poszukiwaniu szefa i rozwiązania niezręcznej sytuacji. Wyjazd do obcego kraju i próby porozumiewania się z jego mieszkańcami we własnym języku uważam za przejaw ignorancji, więc jadąc gdzieś staram się chociaż przyswoić w lokalnym języku pytanie „Przepraszam, czy mówisz po angielsku”.

     Niestety na kwestiach językowych problemy tej książki się nie kończą, a bzdury są nam rzucane w twarz jedna za drugą.

 

     Właśnie sobie uświadomiłam, że to jest kolejna różnica pomiędzy kuchnią chińską a europejską. Smaki chińskie są łagodne i ledwie wyczuwalne.

 

     Pominę kwestię „kuchni europejskiej” i skupię się na chińskiej, szczęśliwie nie ochrzczonej przez autorkę – idąc podobnym tokiem myślenia – mianem „azjatyckiej”. O większości potraw chińskich powiedzieć można naprawdę wiele, jednak określenie ich smaków łagodnymi i ledwie wyczuwalnymi, można porównać do ochrzczenia Młodzieży Wszechpolskiej mianem grupy przyjaznej i tolerancyjnej. Wyjątkiem są tu zupy, którym w naszych oczach faktycznie często bliżej do wody o zmienionym kolorze, niż potrawy, którą znamy z własnych stołów. Kuchnia chińska oferuje jednak tak ogromne zróżnicowanie, że przypinanie pojedynczych określeń kompletnie mija się z celem. Polecam kuchnię syczuańską, by zweryfikować opinię o ledwie wyczuwalnym smaku. To jednak nie koniec kulinarnych obserwacji, serwowanych nam w trakcie lektury. Pani Pawlikowska z każdą kolejną stroną coraz bardziej maluje się jako ekspert od wszystkiego.

 

     I ani jednego zimnego dania. Żadnych surówek, sałat czy kanapek. Wszędzie dymiące, ciepłe, świeżo ugotowane dania, po które z wielką chęcią i zapałem sięgali ludzie.

     A więc to jest tajemnica legendarnej życiowej siły i przebojowości Chińczyków! Oni po prostu dostarczają swoim organizmom regularnych dawek życiowej energii – zgodnie z zaleceniami starożytnej chińskiej medycyny. Dlatego mają siłę do pracy. Dlatego są w stanie tak doskonale się zorganizować i w ciągu miesiąca zrealizować projekt, który w Europie musiałby trwać rok. Dlatego tak prężnie rozwija się ich gospodarka. Bo ludzie, którzy ją tworzą, są silni!

 

     Chciałem doradzić autorce, że z jej zasobem wiedzy napisanie poradnika zdrowego odżywiania może być doskonałym pomysłem, lecz zostałem uprzedzony z podziwu godnym zapałem. Zamiast jednej książki, pani Pawlikowska napisała już kilka – od pozycji z przepisami kulinarnymi, po książkę na temat opracowanej przez autorkę diety. Istnieje duża szansa, że w chwili gdy piszę ten tekst, pojawił się kolejny przewodnik żywieniowy, poradnik życiowy lub kurs suahili autorstwa B.P. Pani Pawlikowskiej pozostaje więc tylko kariera polityczna i cudowne uzdrowienie polskiej gospodarki za pomocą serwowanych o poranku i w południe gorących potraw.

 

BLONDYNKA I TOALETOWE TAJEMNICE

     Ze wszystkich zabytków i innych miejsc godnych zainteresowania, najbardziej lubię zwiedzać miejscowe toalety.

     Tam żyje prawda w całej swojej niezakłamanej naturze. Tam człowiek udaje się, żeby pobyć w samotności ze swoim ciałem i zachowuje się wtedy zgodnie ze swoim wewnętrznym głosem. Być może jest to jedyne publiczne miejsce, gdzie króluje podświadomość. Nie tylko dlatego, że jest to świątynia fizycznego wymiaru człowieczeństwa, gdzie przynosi się i zostawia to wszystko, co pragnie wydostać się z ludzkiego ciała. Czy to nie zabawne, że wydzieliny nie podlegają naszej woli? Kiedy zaczynają żądać uwolnienia, człowiek musi natychmiast, w pierwszym możliwym terminie spełnić to żądanie, w przeciwnym bowiem razie ryzykuję chorobę albo utratę życia. […]

     Dlatego właśnie w każdej podróży czekam na moment, kiedy jak detektyw będę mogła znaleźć zwyczajną, publiczną toaletę i odczytać z niej wszystko, co chciałabym wiedzieć o mieszkańcach danego kraju. […]

     Łazienki chińskie były dla mnie źródłem nieustannych zdumień. W najstarszej cywilizacji świata, ojczyźnie cesarza zwanego Synem Niebios oraz wynalazców papieru toaletowego, tego ostatniego brak. Nie ma też mydła, śladu obecności ekipy sprzątającej ani szansy na intymność.

 

     Chciałem tu napisać coś błyskotliwego, lub pochwalić autorkę za abstrakcyjne poczucie humoru. Niestety po przytoczonym fragmencie nic nie brzmi odpowiednio, więc po prostu spuśćmy (skojarzenia słowne zupełnie przypadkowe) na to zasłonę milczenia. Abstrahując od podróżniczych priorytetów autorki, rozmija się ona z faktami, pisząc dalej, że w chińskich toaletach nie ma mydła, papieru toaletowego, a o całość nikt nie dba. Na prowincji owszem – często trafimy na tego typu sytuacje, lecz w większych miastach są one rzadkością. Rozumiem jednak, że w ciągu dwóch tygodni trudno wyrobić sobie skalę porównawczą. Chiny w wielkich miastach i na prowincji to dwa całkowicie różne światy.

 

BLONDYNKA I ŚWIĄTYNIA IGNORANCJI

     Pani Pawlikowska obok niezmierzonej wiedzy na każdy temat, posiadła również zadziwiające zdolności obserwacji. Wystarczyły dwa tygodnie wycieczki objazdowej, by dokonała analizy modelu wychowania dzieci w Chinach, a to wszystko w oparciu o krótką obserwację matki i córki na zakupach w Dali.

 

     Tymczasem dzieci wychowywane w stylu beztroskim wyniosły z domu przekonanie, że obowiązkiem rodziców jest zaspokajać ich potrzeby i pomagać w razie konieczności, dostarczać rozrywek i dbać. Umieją manipulować dorosłymi i stosować wiele rodzajów szantażu, by osiągnąć swój cel. Po wyjściu z rodzinnego domu instynktownie będą stosować te same metody w stosunku do otaczającego ich świata. I boleśnie będą dostawać po głowie, bo świat nie chce spełniać ich żądań. To właśnie dzieci z takich domów najszybciej wpadają w uzależnienia i złe towarzystwo, bo nigdy nie nauczyły się samodzielności i odpowiedzialności za siebie.

     Mam wrażenie, że dzieci w Europie nie są integralną częścią rodziny, ze wszystkimi prawami i obowiązkami, ale są czymś w rodzaju pluszowej zabawki do rozpieszczania i zadowalania […]

     Tak sobie właśnie rozmyślałam, idąc za dwiema Chinkami krętymi alejkami targowiska. Zatrzymały się przy sprzedawcy mandarynek, potem przy winogronach i głębokiej patelni ze skwierczącymi parówkami. Dziewczynka mówiła coś płaczliwym tonem. Matka odpowiadała krótkimi, szorstkimi słowami. Dziewczynka coś wyjaśniała, upierała się z żałosną miną, ale nie zatrzymywała się i nie zwolniła kroku. Minęły worki z herbatą i część targowiska, gdzie sprzedawano przyprawy. Matka wybrała kawałek manioku, zapłaciła i włożyła go do koszyka dziewczynki. Nie do swojego, chociaż była silniejsza i to ona była opiekunką swojej córki, ale właśnie do jej koszyka, żeby dać jej poczucie celu i włączyć do codziennych obowiązków wobec rodziny.

     Ruszyły dalej. Kiedy dziewczynka znów zaczęła narzekać, matka kazała jej iść przodem, a kiedy po kilku krokach nie przestała mówić, uderzyła ją otwartą dłonią w tył głowy. To musiało boleć. I musiało być bardzo nieprzyjemne. Ale nie było mowy o buncie czy nieposłuszeństwie. Dzieci są podwładnymi dorosłych. Jest to oczywiste i zrozumiałe zarówno dla jednych, jak i dla drugich, zgodne z naukami Konfucjusza i z prawami natury, bo przecież każdy dorosły w przeszłości był dzieckiem i musiał być posłuszny rodzicom.

     […] Dziecko nie ma prawa żądać niczego od dorosłych. Dostaje od nich więcej niż kiedykolwiek będzie w stanie spłacić: życie, narodziny, opiekę, pożywienie, ubranie, schronienie, bezpieczeństwo, miłość. Czasem też możliwość chodzenia do szkoły, naukę, wykształcenie. Dorosły jest zawsze ważniejszy od dziecka. W zatłoczonym autobusie dziecko powinno ustąpić miejsca dorosłemu, a nie odwrotnie. Zadaniem dziecka jest uczyć się życia i z wdzięcznością wypełniać zadania stawiane przez rodziców. […]

 

     Tym bardziej, że w Chinach rodzice biorą bardzo czynny udział w wychowaniu dzieci. Odrabiają z nimi lekcje, zawożą na dodatkowe zajęcia, motywują, zachęcają do wysiłku […]

 

     Tak, to naprawdę zostało wydrukowane. Gdyby nie fakt, że przez kilka lat pracowałem w Chinach w szkolnictwie, może byłbym w stanie uwierzyć we fragmenty o czynnym udziale rodziców w wychowywaniu dzieci. Trudno wypowiadać mi się na temat sytuacji na prowincji, lecz w wielkich miastach sprawy mają się zgoła inaczej od zaprezentowanych. W większości przypadków za wychowanie dzieci odpowiedzialne są nianie bądź babcie. Zresztą cały model rodziny i mieszkania z rodzicami jest kompletnie różny od tego praktykowanego w krajach zachodnich, lecz tego już trudno dowiedzieć się na targu. Zdarzyło mi się widzieć sytuację, gdy chłopiec odprowadzany do przedszkola przez swoją mamę płakał za nianią, bo to z nią miał większą więź emocjonalną. Mama na co dzień pochłonięta była swoimi sprawami, lecz tego dnia lekko zarumieniona ze wstydu tłumaczyła, że syn tylko tak sobie żartuje. W domu pewnie taka deklaracja nie zrobiłaby na niej większego wrażenia, lecz w miejscu publicznym była to „utrata twarzy (na temat twarzy popełnię w przyszłości osobny tekst). Nie zliczę też przypadków, gdy dzieci w ciągu dnia domagały się płaczem obecności babci – nie któregoś z rodziców. Ci albo pracują, albo korzystają z uroków życia jak choćby jedna z mam, która syna do przedszkola przyprowadzała o 11, bo nie potrafiła wstać wcześniej po nocnym imprezowaniu. Naturalnie mnóstwo jest też rodzin zupełnie normalnych, lecz skąd autorka ma posiadać tego typu informacje. O ile nieprawdziwość przytaczanych informacji można przypisać prostemu brakowi wiedzy autorki, tak moralizatorskie wynurzenia o wychowaniu dzieci są już przejawem skrajnej ignorancji i jak nic przypominają mi kościelne kazania na temat pożycia seksualnego.

 

BLONDYNKA I ZAGINIONE FAKTY

     W „Blondynce w Chinach” błędy można wskazywać jeszcze bardzo długo, lecz nie widzę w tym sensu. Czego jeszcze dowiecie się z tej książki? Że w Chinach prawie nie ma rowerów i że nigdzie nie da się wypić herbaty (jej poszukiwania wypełniają sporą część tekstu). Że w Kraju Środka nie ma domów jednorodzinnych, a lekarz jeździ do chorego i że to dziwne, iż w Europie

 

     […] chory musi być na tyle zdrowy i silny, żeby sam dojechać do przychodni. Albo przynajmniej na tyle przytomny, żeby zorientować się, że jest z nim bardzo źle i wezwać pogotowie.

 

     Ponadto okaże się, że w Chinach jest równie tłoczno, jak wszędzie na świecie, a Chińczyków proporcjonalnie do wielkości kraju wcale nie jest więcej niż nas. Naturalnie każde z powyższych stwierdzeń ma tyle wspólnego z prawdą, co polskie kluby piłkarskie z poziomem światowym. W Państwie Środka stan zdrowia pacjentów nie jest monitorowany zdalnie, a karetka wysyłana automatycznie, gdy ktoś tego potrzebuje. Tak – nadal trzeba zadzwonić, gdyż inaczej nikt nie będzie wiedział, że jest nam potrzebna pomoc.

     W książce zdarzają się momenty strawne, lecz niestety są to przeważnie cytaty Marco Polo. Przyjemna dla oka jest strona wizualna publikacji, a rysunki autorki przeniosły mnie w czasy młodości i książki Adama Bahdaja, która ozdobiona była podobnymi ilustracjami. Niestety merytorycznie książka przedstawia tak niski poziom, że jej kupna nie da się niczym usprawiedliwić.

 

     I znów usłyszałam chrzęst i gruchot mojej przywiezionej z Europy wiedzy o Chinach, która rozsypywała się w proszek. To po prostu niewiarygodne! Skąd biorą się te wszystkie informacje powtarzane w środkach masowego przekazu, które budują kompletnie nieprawdziwy obraz kraju? Czy o Polsce też się tak mówi w Indiach albo w Tanzanii?

 

     Czy tylko w mojej głowie powstał taki nieprawdziwy obraz Chin?… Mam na myśli podświadome przekonania i obrazy, które składają się w całość sposobu myślenia o danym miejscu na świecie. A może to jest skutek tego, w jaki sposób pisze się i mówi o Chinach w europejskich środkach masowego przekazu?…

 

     Niestety omawiana książka popełnia wszystkie grzechy wskazywane przez panią Pawlikowską, często i gęsto przeinaczając fakty, a w międzyczasie zasypując czytelnika stosem zbędnej paplaniny. Podczas swojego pierwszego pobytu w Chinach jeździłem po nich przez niecałe dwa miesiące i nie czułem, bym choćby w średnim zakresie dowiedział się czegoś o kraju i żyjących w nim ludziach. Zresztą późniejszy długoterminowy pobyt zweryfikował ogromną część tamtych obserwacji.

     Jeśli chcecie dowiedzieć się czegoś o Chinach, nie kupujcie tej książki. Stracicie tylko czas i nawet jeśli niektóre tezy stawiane przez autorkę wzbudzą w was wesołość, będzie to raczej śmiech pełen zażenowania. Najgorsze jest to, że osoby nie posiadające szerszej wiedzy o Chinach, w wiele opisywanych bzdur uwierzą. Ja po żadną z książek Beaty Pawlikowskiej już z pewnością nie sięgnę.

TAGS
RELATED POSTS

LEAVE A COMMENT

MATEUSZ GOSTOMSKI
Shenzhen, CHINY

Cześć, jestem Mateusz i od blisko pięciu lat mieszkam w Chinach. Jak wygląda Kraj Środka od środka i dlaczego nie wracam na stałe do Europy w ciągu najbliższych lat? Zostań i daj się zabrać do świata tak odmiennego od tego za oknem, że czasem aż trudno uwierzyć.