Felietony

Podróż życia – mój pierwszy raz w Chinach

on
9 grudnia 2018

          Większość popkulturowych bohaterów posiada swoje „origin story”. Kim był Batman zanim stał się Batmanem? Jak Han Solo spotkał Chewbackę? Podążając za trendami postanowiłem przyjrzeć się swojej pierwszej wizycie w Chinach i około 10 000 przebytym kilometrom, które zmieniły całe moje życie.

 

          Rok 2007 był ostatnim, gdy Chiny można było doświadczyć w dawniejszej formie. Igrzyska Olimpijskie, które odbyły się w Pekinie rok później, zmieniły kraj na zawsze, bardziej otwierając go na świat i rysując jego obraz zgoła inny od tego, do czego przyzwyczaił się odbiorca gdzieś na drugim końcu świata. Przyszły też zmiany negatywne, z otwarciem na świat mające niewiele wspólnego. Gdy oznajmiłem rodzicom, że jadę sam do Chin, nie spotkałem się z przesadnym entuzjazmem. Jedyne dziecko w wieku 22 lat – z perspektywy czasu trudno mi się dziwić. Gdyby był to chociaż wyjazd zorganizowany, pewnie byliby spokojniejsi. Tymczasem plan zakładał objechanie większej części Chin na własną rękę, z plecakiem jako jedynym towarzyszem. Dokładnie zaplanowałem sobie trasę podróży, posprawdzałem rozkłady jazdy pociągów, znalazłem hostele, które nadawały się do spania i będąc przekonany, że to wszystko czego mi potrzeba, wsiadłem we wrześniu 2007 do samolotu do Moskwy. Były to – muszę zaznaczyć – mroczniejsze dla Aeroflotu czasy, gdy do Warszawy latał czasem Tupolev, a Boeing kursujący z Moskwy do Pekinu pamiętał chyba czasy Gorbaczowa. Pierwszy kontakt z rosyjskimi liniami lotniczymi był na tyle traumatyczny, że kilka kolejnych lotów do Azji wybierałem na zasadzie „wszystko, byle nie Aeroflot”. Nowe Airbusy zmieniły po latach sytuację, lecz to temat na inną historię.

          Po 13 godzinach lotu z emitowanym na wspólnych ekranach filmie dokumentalnym o zbieractwie w dorzeczu Obu (to nie żart – przez 2 godziny ludzie chodzili, zbierali owoce natury i opowiadali coś do kamery) lądowanie przyjąłem z prawdziwą ulgą i uzbrojony w anglojęzyczne adresy ruszyłem na podbój ojczyzny Mao. Gdyby nie fakt, że jeszcze na pokładzie samolotu poznałem Amerykanina uczącego się w klasztorze Shaolin, moja podróż rozpoczęłaby się od naprawdę brutalnego zderzenia z rzeczywistością. Tymczasem dzięki mojemu towarzyszowi, który w Chinach nie był po raz pierwszy, wszystko przebiegło w miarę bezproblemowo. Wspólnie wzięliśmy taksówkę do centrum miasta, a później trafiliśmy do banku na jedenastym piętrze wieżowca windą nie posiadającą przycisku z numerem 11. Wtedy nie byłem jeszcze świadom, że angielski w Państwie Środka w większości przypadków nie działa i podanie kierowcy taksówki adresu typu Baishi Road Thirteen uważałem za rzecz najnaturalniejszą na świecie. Patrząc na moją ówczesną naiwność, zastanawiam się teraz jakim cudem cały ten wyjazd przebiegł tak bezproblemowo. Koniec końców pierwszą noc w Chinach spędziłem za 15zł w hostelu młodzieżowym nieopodal głównej stacji kolejowej i już pierwszego dnia zostałem rzucony w fantastyczny koloryt jego mieszkańców. Do tej pory pamiętam doskonale Malezyjczyka, będącego w trakcie podróży dookoła świata, który bardzo dużą uwagę przywiązywał do swego budżetu podróży. Pierwszego popołudnia oznajmił nam: „Panowie, dziś idę na imprezę i poznam tam jakąś dziewczynę. Potem będę u niej spał. Wymelduję się na dzisiejszą noc, żeby nie płacić, a jutro wpadnę po mój plecak.” I faktycznie wrócił dopiero następnego dnia. Nie zadawaliśmy pytań. Piszę „my” gdyż już pierwszego wieczoru spotkałem grupkę Niemców, którzy na następny dzień wynajęli minibusa na Wielki Mur i zostało im jedno miejsce. Mimo kolosalnej wpadki z herbatą (tekst Herbaciany przekręt) muszę przyznać, że miałem sporo szczęścia. Pekin i okolice zwiedzałem w dużym stopniu w niemieckim towarzystwie.

          Kolejnym przystankiem były Góry Żółte. Dwudziestogodzinna podróż pociągiem w najniższej klasie nie była najlepszym – choć z pewnością niezapomnianym – sposobem na świętowanie urodzin. Fakt, że po blisko dobie na fotelu o kącie nachylenia 90 stopni i plecakiem na kolanach zostawiłem jedynie rzeczy w hostelu i ruszyłem na dwa dni w góry, dziś zrzucam jedynie na karb wieku. Po raz kolejny nie byłem sam; Tym razem wędrowałem w towarzystwie brytyjskiego dźwiękowca. I mimo iż wschód słońca trochę ze względu na warunki pogodowe tego dnia nie wyszedł i nie doświadczyłem legendarnego „morza chmur”, Góry Żółte zostały przed moimi oczami już na zawsze.

          Do tego momentu wszystko przebiegało zgodnie z nakreślonym planem podróży, a potem był Nanjing, gdzie dowiedziałem się po raz pierwszy czym jest Złoty Tydzień. Mimo fajnej nazwy, dla turysty to okres koszmaru, gdzie w ciągu narodowych wakacji połowa kraju rusza podróżować, przez co zdobycie biletów do co popularniejszych miejsc graniczy z cudem. Takim miejscem była dla mnie Lhasa, co oznaczało automatycznie konieczność kompletnego przemodelowania planów. Tym sposobem zamiast w pociągu do Tybetu znalazłem się w autobusie do Wuhan, gdzie miałem bliskie spotkanie trzeciego stopnia z pieprzem syczuańskim, będącym od tamtej pory moim koszmarem i który potrafię wyczuć w nawet najmniejszych ilościach. Dalej przejechałem do Yichang i wsiadłem wraz z moją przyszłą małżonką na statek płynący w górę Jangcy. Obecnie ze względu na budowę Tamy Trzech Przełomów, poziom rzeki podniósł się do poziomu 175m, nieco obniżając atrakcyjność widokową słynnych Trzech Przełomów. W 2007 roku proces nie był jeszcze ukończony, więc dane mi było doświadczyć widoków, których podróżujący w tamte rejony obecnie zobaczyć nie będą już w stanie. Po czterech dniach na rzece dotarliśmy do Chongqing, skąd już samotnie ruszyłem do Tybetu.

          Najwyżej położona linia kolejowa świata często nazywana jest łańcuchem, trzymającym Lhasę bliżej Pekinu i ostateczny krok na drodze do pozbawiania rdzennych mieszkańców tożsamości. Przez rząd w Pekinie propagowana jako powiew cywilizacji i przejaw troski o przedstawicieli wszystkich mniejszości narodowych. Filmy i materiały promocyjno-propagandowe przedstawiają wzruszone Tybetanki, które dzięki kolei mogły wreszcie stanąć pod portretem Mao, wiszącym nad wejściem do Zakazanego Miasta. Będąc jedynym białym w pociągu, przez dwa dni trwania podróży wzbudzałem ogromne zainteresowanie pasażerów z całego wagonu, którzy przez większą część dnia postanawiali dotrzymywać mi towarzystwa, zajmując moje łóżko i próbując zagadywać po chińsku.

          W przewodniku odwiedziny Pałacu Potala ze względu na aklimatyzację zalecane były na trzeci dzień pobytu. Nie miałem tyle czasu, więc wybrałem się drugiego. Wypad nad Jezioro Namtso, będące najwyżej położonym słodkim jeziorem na świecie, wedle przewodnika sugerowany był dopiero po tygodniu. Ja pojechałem trzeciego dnia i czułem się doskonale. Zaczynam teraz rozumieć przekaz piosenki „Dwudziestolatki”. Dach Świata zwiedzałem z dwiema spotkanymi Francuzkami, z którymi miałem też okazję w lokalnej restauracji zjeść mięso jaka, udekorowane zasuszonym skorpionem. Ponoć był również jadalny, więc poprosiliśmy szefa kuchni, by pokazał nam jak się do tego zabrać. Młody mężczyzna zjadł pajęczaka globalnie i dopiero potem jedna z kelnerek powiedziała nam w tajemnicy, że to jego pierwszy dzień w pracy i jeszcze nigdy nie jadł skorpiona. Męczeni wyrzutami sumienia, kolejnego dnia zaszliśmy do przybytku raz jeszcze, żeby sprawdzić, czy kucharz wciąż jest wśród żywych. Niestety na skutek zmian programowych w Tybecie nie mogłem spędzić tyle czasu ile bym chciał i już po czterech dniach byłem na pokładzie samolotu do Chengdu.

          Chengdu znane jest przede wszystkim z Rezerwatu Pandy Wielkiej i wiele osób tylko dla tych sympatycznych zwierzaków wybiera się w te rejony. To jednak błąd gdyż prowincja Syczuan poza czarno-białymi niedźwiadkami i pikantną kuchnią ma do zaoferowania znacznie więcej, począwszy od największego posągu buddy w Leshan, Góry Emei czy Doliny Jiuzhaigou. Co zabawne, ludzie z Chengdu są w opinii Chińczyków z innych części Chin trochę jak pandy, nieśpiesznie korzystający z uroków życia. Wsiadając do kolejnego samolotu nie spodziewałem się, że następne miejsce spodoba mi się tak bardzo, że wskoczy na pierwsze miejsce mojej osobistej listy chińskiej.

          Znalazłem się w strugach deszczu w prowincji Yunnan, a konkretnie rzecz ujmując w mieście Lijiang. Opady trwały na tyle długo, że ziemia osunęła się na jedyną drogę prowadzącą do Wąwozu Skaczącego Tygrysa, czyniąc ją nieprzejezdną. Będąc zmuszonym zrezygnować z planowanego trekkingu, pozostałem w mieście, w strugach deszczu chłonąc jego wyjątkową atmosferę. Słyszałem, że obecnie stare miasto w Lijiang stało się ofiarą komercjalizacji, a ceny poszybowały w górę, lecz nie miałem okazji sprawdzić tego osobiście. Wtedy było to magiczne miejsce, które stało się moim ulubionym miastem w kraju. Pogoda nie miała zamiaru się zmieniać, więc pożegnałem się z nowo poznanym brytyjskim fotografem, z którym przemierzaliśmy ulice i skosztowaliśmy dania o wymownej nazwie „mrówki wędrujące po drzewie”, i wsiadłem do busika zmierzającego do niewielkiego miasta Dali.

          W 2007 roku turystycznie niezbyt wśród obcokrajowców popularne (spotkałem tylko cztery inne osoby z poza Chin) okazało się doskonałym wyborem ze swoim starym miastem otoczonym murami obronnymi i słynnymi Trzema Pagodami w parku nieopodal. To tam idąc parkingiem usłyszałem nagle głośny krzyk „Hello”. Odwróciłem się, by zobaczyć mężczyznę wybiegającego z autobusu i rączo zmierzającego w moim kierunku. „Czy możemy sobie zrobić z tobą zdjęcie?” – wydyszał, gdy do mnie dobiegł. Wzruszyłem ramionami i zgodziłem się, nie spodziewając się tego, co nastąpi za chwilę. Mężczyzna odwrócił się w stronę autobusu, zamachał rękami i krzyknął coś w jego stronę. W rezultacie z wnętrza pojazdu wysypało się kilkadziesiąt osób, które ustawiły się wokół mnie i wcisnęły kierowcy aparat prosząc go o zrobienie pamiątkowego zdjęcia, po czym w ciągu kilku chwil zniknęli, zostawiając mnie lekko oszołomionego. Dali było równocześnie pierwszym miejscem, które zwiedzałem samotnie. Później był już tylko przelot z Kunming do Shenzhen i odwiedziny Hong Kongu.

 

          Z perspektywy czasu trudno mi uwierzyć, że cały tamten wyjazd przebiegł tak gładko i bezproblemowo. Gdyby nie pewne wydarzenia i spotkani na mojej drodze ludzie, całość mogłaby się potoczyć całkiem inaczej. Po kilku latach spędzonych w Chinach uderza mnie moja ówczesna naiwność językowa, czy pierwsze próby  planowania podróży, gdzie kwadrans wydawał się doskonałym czasem na zmianę pociągu. Nie lubię określenia „podróż życia”, gdyż jest ono równoznaczne z tym, że nic lepszego już w przyszłości nie czeka. W moim przypadku określenie to nabiera jednak nowego znaczenia. Była to podróż, która w gigantycznym stopniu ukształtowała moją przyszłość. Gdyby nie wrzesień i październik 2007 roku, obecnie nie mieszkałbym w Azji. Tamten wyjazd jest też dowodem na to, że jedynym ograniczeniem w podróżach jesteśmy my sami. Przezwyciężając strach i obawy, możemy przeżyć najwspanialsze chwile życia i poznać wyjątkowych ludzi. Wystarczy odrobina chęci i samozaparcia.

TAGS
RELATED POSTS
4 komentarze
  1. Odpowiedz

    Hania

    9 grudnia 2018

    Mateusz, tamta podróż z Twojej dzisiejszej perspektywy to materiał na powieść w odcinkach. Rozwiń :D!

  2. Odpowiedz

    mattgost

    10 grudnia 2018

    Spróbuję, aczkolwiek obawiam się, że wielu rzeczy mogę nie pamiętać dokładnie (w końcu 11 lat). Inne z kolei wyryły mi się dość mocno 😀 Poprzeglądam stare zdjęcia i zobaczę, co da się z tego zrobić 😀

  3. Odpowiedz

    Barbara Liczberska

    11 lipca 2019

    Mateusz, ta strona, to piękna sprawa. Wracam do niej co jakiś czas i czytam z podwójną sympatią. Żeby ogarnąć całość, poczekam na …jesienne wieczory. Pozdrawiam!

  4. Odpowiedz

    mattgost

    14 lipca 2019

    Bardzo dziękuję 🙂

LEAVE A COMMENT

MATEUSZ GOSTOMSKI
Shenzhen, CHINY

Cześć, jestem Mateusz i od blisko pięciu lat mieszkam w Chinach. Jak wygląda Kraj Środka od środka i dlaczego nie wracam na stałe do Europy w ciągu najbliższych lat? Zostań i daj się zabrać do świata tak odmiennego od tego za oknem, że czasem aż trudno uwierzyć.